2 maja 2016

21.

   Hello! <3 Wracam też ja po przerwie. No nie powiem, dużo się pozmieniało, czas leci tak, że ledwo nad tym panujemy! :P Ale jesteśmy i działamy dalej. Wprowadziliśmy małe zmiany (niektórzy są za leniwi, żeby to napisać :* ). Od teraz ja będę pisać ze strony Elli, a Maks jako Ethan. Tak będzie prościej, ponieważ mamy różne style pisania i czasami to co piszemy się wyklucza. To tyle. Zapraszam na rozdział 21. Do następnego! <3

   -Dzwonię po taksówkę, zaczekasz? 
   -Eth, możemy się przejść? Potrzebuję chyba powietrza... - chyba, bo teraz nic nie jest na pewno. Wszystko jest chyba, może, zależy... Wyraźnie to czuję, ale nie wiem czy on zrozumie. 
   -Ale to jedenaście przecznic. Na pewno? - kurczę sie pod jego spojrzeniem, czuję się mała i słaba, bo nie mogę sobie poradzić z tym wszystkim, co mnie przygniata. 
   -Nie, nie na pewno, ale co będziemy robić cały dzień? Trochę czasu zmarnujemy, mniej będzie na myślenie. 
   -Noo, taaaa... Chodźmy. - obejmuje mnie mocno w talii, jakby potrzebował poczuć czyjeś ciepło, wziąć trochę energii dla siebie. Ale ja juz nie mam energii. Odpycham go, a do oczu napływają łzy.
   - Ella...? 
   -Wybacz, ale to nie jest chyba odpowiedni moment, żeby... 
   -Żeby się wspierać? Żeby być dla siebie? - brązowe tęczówki aż ciemnieją z gniewu i bólu. - W tej sytuacji potrzebuję Cię jeszcze bardziej. 
   -Porozmawiamy w domu. - wiem, że go uraziłam, ale emocje są teraz silniejsze. 
      Droga mija szybko, za szybko. Chociaż nie wiem jak bardzo chciałabym, żeby trwała wiecznie. Cierpię, bardzo cierpię, a jedyne co pomaga w tym cierpieniu to ranienie innych. Po przejściu jednej przecznicy ostentacyjnie zakładam słuchawki, chociaż Ethan zaczął coś mówić. To przynosi ulgę, odciąga od Jareda. 
      Gdy docieramy do domu ledwo ruszam nogami, a oczy mam spuchnięte. 'Oho, jak zaraz nie skorzystam z dobrodziejstwa ogórków, to jutro będę wyglądać jak satanista po czarnej mszy.' Już mam iść do Ethana, żeby się spytać czy posiada ogórki, ale nagle czuję szpilkę w sercu i nowa fala łez przysłania mi widok. Po co mam wyglądać dobrze? Mój chłopak i przyjaciel prawie zginął! Zamiast kuracji upiększającej funduję sobie zimny prysznic, który troszkę budzi mnie do życia. Z głowy nie mogę pozbyć się obrazu siebie na pogrzebie, odczytującą mowę pożegnalną. Było takie coś w którejś książce. Gwiazd naszych wina?? Może... Po prysznicu idę prosto do sypialni Ethana. Ciepła pościel wcale nie pomaga, ale przeciwnie, rozkleja jeszcze bardziej. Czekam na Ethana, który po ośmiu minutach przychodzi z dwoma kubkami lemoniady i jakimiś kanapkami. Nawet nie patrzę co jem. Po prostu chcę zapchać dziurę w sobie jedzeniem. Absurd, ale tak jest. 
    -Lepiej się czujesz? Potrzebujesz czegoś? - dwie godziny temu wbiłam mu nóż w serce, a on teraz z tym nożem chce mnie wspierać.   
    -Eth, nie musisz tego robić. Jestem suką bez serca, egoistką. 
    -Nie, ta sytuacja Cie przerosła, mnie też. Rozumiem. - uśmiecha się niepewnie. - Porozmawiajmy o tym.
       Wsuwa się pod kołdrę obok mnie, ale tym razem zachowuje odległość około metra. No super... 
    -Wiesz co mi chodzi po głowie? Jak człowiek jest wierzący albo ma jakiś określony punkt widzenia. Może na swojego guru zwalić odpowiedzialność, poskarżyć sie buddzie, wyżalić bogu. Mogą też czekać na cud, wierzą w to. A my teraz nie mamy na kogo zwalić winy. Ani na los, ani na fatum. Dobrze wiemy, że to nasza wina. Inaczej nie możemy tego wytłumaczyć. Rozumiesz? - wątpię, że w ogóle wie o czym mówię, ale to nic nowego. 
     -Rozumiem, to wszystko wyszło nie fair. Nie zasłużył na taką prawdę. 
     -Więc czemu mu to zrobiliśmy? 
     -Bo nie jesteśmy jasnowidzami, sami mówiliśmy, że to się na pewno nie stanie. Może próbuję sie usprawiedliwiać, ale... - głos więźnie mu w gardle. 
     -Mogliśmy chociaż... - spazm przerywa mi wpół zdania. 
     -To nie nasza wina. - jego przyciszony głos prawie ginie.
     -Masz rację, to twoja wina! To był twój pomysł, żeby mu mówić. Mogliśmy poczekać! On by żył teraz normalnie, a nie jak roślina. - histeryczny szloch miesza się z krzykiem tak, że słowa przypominają bulgot szaleńca. Nie panuję nad sobą, jestem bezsilna wobec tego co się dzieje dookoła. 
     -Ella, spokojnie, proszę cię. On nas widział. W tą noc z Twisterem. Kłamstwa i półprawdy nic by nie pomogły. On będzie żył normalnie, obiecuję. Będzie chodził, śmiał się, pływał, skakał. Będzie jak wczesniej. Obiecuję, skarbie, obiecuję. 
     -Nie chcę twoich obietnic, chcę go mieć przy sobie. Był moim przyjacielem. Chcę go tutaj!!! - łzy płyną ciurkiem, a ja zsuwam się z łóżka i siadam z kolanami pod brodą. Płacz zagłusza wszystko, jest lepszy niż wszystko i wszyscy. Łzy są jak ludzie. Pozwalają wyrzucić nadmiar emocji, ale czasami łez brakuje. Są nieczułe na ból. Czasami zostaje jedna, której nie umiemy docenić, którą odtrącamy i nie chcemy jej pomocy. 
     -Ella... Chodź tu, przytul się. 
  ...której nie umiemy docenić... 
     -Proszę cię, zrobię wszystko, żeby to kurewstwo sie skończyło na zawsze.
  ...łzy są jak ludzie...

24 kwietnia 2016

20.

Witam! Wow, pierwszy raz od wieków mam przyjemność się z Wami przywitać. :D Kilka miesięcy minęło od ostatniego rozdziału... Tłumaczyć się nie będziemy, brak czasu po prostu daje w kość! Cieszymy się, że wracamy na stare śmiecie, mamy nadzieję, że nie tylko my! Łapcie 20 rozdział, miłego czytania i dobrej nocy.

Przez całą drogę do szpitala trzymałem Ellę za rękę, mocno ją ściskając. Nie mogę znieść myśli, że Jared przeze mnie miał wypadek.
- To nie Twoja wina... - zaczęła Ella, wyraźnie czytając mi w myślach. - To się mogło przydarzyć każdemu. Powiedziałeś mu prawdę, którą powinniśmy mu wyznać już dawno... Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze.
Jak mogłem się nie przejmować?! Mój najlepszy przyjaciel miał wypadek, i nawet nie wiem, co się z nim teraz dzieje. Z frustracją spowodowaną jej słowami, cofam niesfornie rękę, dostrzegając na niej pot. Ella wzdycha cicho, chowając twarz w dłoniach. Spoglądam w okno. Puste ulice. Brudne, niezamiecione chodniki i stare, ledwo świecące lampy. Kiedyś miasto moich marzeń. Dzisiaj miasto, w którym przytrafiają się same nieszczęścia. W momencie czuję chęć wydostania się stąd.
- Ella? - Odwracam głowę tak, że patrzymy sobie w oczy. - Uciekniemy kiedyś stąd?
- Nawet na koniec świata... ale najpierw muszę załatwić kilka spraw.
Nasza konwersacja się urywa, gdyż przed nami pojawia się duży budynek z napisem "Szpital miejski". Kto by pomyślał. Pospiesznie wychodzimy z auta, nie przejmując się niewydaną resztą i w momencie docieramy do głównych drzwi. Jak na szpital to jest tu całkiem luksusowo. Czyste marmurowe podłogi, bogato zdobiona poczekalnia. Z tego co widzę to sprzątaczki na zarobki nie narzekają. Gdy odnajduję rejestrację, język nieoczekiwanie zaczyna mi się plątać.
- Dzie-eńdobrryszukampanajaredadawsona - moje słowa zlepiły się w jeden wyraz. Patrząc na wzniesione ku górze brwi pani w okienku, domyślam się, że nie zrozumiała nic a nic. Powtarzam nieco wolniej, lecz mój słynny brak cierpliwości jest zauważalny z kilometra.
- Pan jest rodziną? - Pyta z powątpiewaniem.
- Tak... Tak, jestem jego kuzynem. Przyjechałem z siostrą. - Stwierdzam, na chwilę udając opanowanego. Co jak co, ale aktor to ze mnie zajebisty.
- Jared Dawson... Już szukam... Kurczę... O! Pokój 113, trzecie piętro. Jest w ciężkim stanie, radzę nie wchodzić do pokoju. - Nas już tam nie było.
W pośpiechu wskakujemy do windy, przy okazji wpadając w nadzianą sprzątaczkę. Teraz mnie to zgrzewa, chcę się tylko dostać do pokoju 113. Ella spogląda na mnie, wsłuchując się w niezręczną muzyczkę w windzie. Czemu ona tak wolno jedzie?!
Trzecie piętro wygląda jeszcze lepiej od rejestracji, co jest zaskakujące. Nawet nie śmierdzi emerytami i ich pieluchami. Po kolei odliczamy numery pokoi dopóki nie znajdujemy tego, który najbardziej nas interesuje. Przed nim grupka lekarzy urządziła sobie spotkanie towarzyskie.
- Co się dzieje z Jaredem? - Pytam ich z rozbieganym wzrokiem. Spoglądają na mnie, jakby co najmniej ujrzeli Jezusa. - Coś nie tak? Mam coś na twarzy?
- Państwo są...
-...rodziną Jareda. - Dokończyła za mnie Ella.
Spoglądnąłem na nią z wdzięcznością. Doktorek nr 1 również wymienił spojrzenia z Doktorkiem nr 2 i Doktorkiem nr 3. W końcu wpuszczają mnie do środka, zatrzymując Ellę na zewnątrz. Jared wygląda fatalnie. Nie widzę jego prawdziwej twarzy przez rany i krwiaki rozmieszczone po całym jego ciele. Czuję, jak puls mi przyspiesza, a przed oczami pojawiają się mroczki.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pytam Doktorka.
- Panie Roche... - Zaczyna. - Obawiam się, że szanse na przeżycie są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona. On może po prostu nigdy się nie obudzić. Przykro mi.

Wycofuję się powoli, nie chcąc nikomu zrobić krzywdy. Głowa mi pulsuje, a wściekłość się nasila. W tym momencie mam ochotę skoczyć z dachu, z którego zazwyczaj podziwiam widoki. Tyle razem przeszliśmy i teraz okazuje się, że jego szanse na przeżycie są nikłe? Że też akurat on musiał mieć ten wypadek, a nie ja. Wychodzę z sali, znajdując zapłakaną Ellę po drugiej stronie korytarza. Otwieram usta, lecz ona mi przerywa...
- Ja wiem już wszystko... Ethan, co jak on się nigdy nie obudzi? Ja nie będę miała odwagi wygłaszać mowy na jego pogrzebie. Nie mam na to siły, rozumiesz?
- Nikt nie będzie wygłaszał żadnej mowy, obiecuję. Obudzi się i będzie wszystko jak dawniej, zobaczysz.
W tym momencie ujrzałem jej oczy, zaczerwienione i przekrwione. Odruchowo wziąłem ją w ramiona, a ona położyła mi głowę na piersi, cicho szlochając.
- Obiecujesz? - Pyta łamiącym głosem.
- Obiecuję. - Całuję ją w czoło i przyciągam bliżej.
Postanowiliśmy zostać w szpitalu do wieczora, czekając na cud.

- Państwo Roche... Halo! Proszę się obudzić. - Słyszę przeraźliwe wrzaski Doktorka nr 2 i od razu wstaję na równe nogi, zrzucając z siebie Ellę w pośpiechu.
- Ethan, co do cholery! - Spogląda na mnie, jak niedźwiedź na swoją ofiarę. Totalnie ją ignoruję, słuchając teraz tylko Doktorka.
- Pan Dawson... Jego palec się poruszył. Nie wiem czy to czysty przypadek czy może jego organizm się budzi, ale pomyślałem, że może Państwa to zainteresować. Tak w ogóle, to jest 9 rano. Radziłbym Wam iść do domu i wrócić za kilka godzin, bo na razie tylko to przykuło moją uwagę.
Ella i ja ruszamy dzikim pędem w stronę pokoju 113, myśląc, że może jego stan się poprawia, ale Jared jak leżał, tak leży dalej. Siadamy obok niego na łóżku, patrząc tępym wzrokiem na jego okrągła twarz. Bladą, niewzruszoną twarz. W pewnym momencie dałbym głowę, że jego lewa powieka lekko drgnęła. Może mam zwidy od niewyspania.
- Ethan, pojedźmy do Ciebie odpocząć. Oboje jesteśmy niewyspani, a on na razie nie zamierza się budzić. Dajmy mu czas. - Stwierdza moja towarzyszka. - Słyszysz? - Dopowiada, nie doczekawszy się odzewu z mojej strony.
- Spoko. Jedźmy. - Odpowiadam, wpychając włosy pod czapkę beanie. - Przyjedziemy jutro.
Ruszamy, zostawiając Jareda samego z bandą dających nadzieje 'cudotwórców', potocznie zwanych lekarzami.

2 stycznia 2016

19.

   Hejka! To znowu ja! Rozdział znowu ze strony Ethana. Jest do pewnego momentu, bo reszta było wyjaśniona w poprzednim. Mam nadzieje, że się podoba! :D Zapraszam na ten, jak i kolejny rozdział pisany przez niezastąpionego (ykhm) Maksa. Do zobaczenia! :* <3
---
 Mecz się skończył, a w głowie szumi mi od emocji. Z pamięci nie mogę pozbyć się twarzy Jareda. Co było w jego oczach? Złość? Może jakaś część, ale też coś więcej. Żal? Ledwie widoczny, zatarty przez coś większego. Pustkę. Jakby ktoś go wyjął z życia, a za tło dał pustą kartkę. Wolałbym dostać od niego w twarz, niż patrzyć w te oczy bez wyrazu, jak oczy umarłego. On bez niej nie żyje. Powoli zaczynam żałować tego, że mu cokolwiek powiedziałem. A może już wcześniej wiedział, ale nie do końca chciał w to wierzyć? Trzeba ich znaleźć!
    -Roche, bierz się w garść! - głos mi się łamie, ale zdanie wypowiedziałem dość głośno.
    -Co jest, Eth? - matka od razu staje w drzwiach.
    -Nic, wychodzę.
    -Jest po północy. Ostatnio nie ma cię ani na chwilę w domu.
    -Chyba teraz się to zmieni - mówię tak przygnębionym głosem, że matka patrzy na mnie pytającym wzrokiem. - Nie wiem kiedy wrócę, ale może to trochę potrwać, pa!
    -Uważaj na siebie!
  Wychodzę z domu z głębokim postanowieniem i ruszam do Range Rover'a. Dopiero puste miejsce w garażu przypomina mi o tym, co się działo wcześniej. Super, będę się tłuc taksówką! Wyciągam telefon i dzwonię po transport. Po jakichś 20 minutach jest wreszcie pod moim domem, a ja przeklinam pod nosem. Gdybym miał auto przy sobie już dawno byłbym przy Elli. Z prędkością światła wsiadam do taksówki.
    -Na posterunek Metropolitan Police. - rzucam szybko i wręczam kierowcy dwa banknoty. Facet bez słowa rusza, a ja znowu mam za dużo czasu na myślenie. Wyrzuty dopadają mnie od razu, jak tylko znajdę dla nich chwilę. Zagłuszam je, a raczej staram się zagłuszyć, muzyką. Nawet słuchawki nie są w stanie pokonać myśli, które w tej chwili wbijają mi się w mózg. Gdzie jest ten cholerny posterunek? wrzeszczę w myślach. Staram się skupić na piosence Troya i na obserwowaniu Londynu, miasta w wiecznym ruchu. To mnie wycisza. Londyn jest magicznym miejscem.
  Po półgodzinie jesteśmy na miejscu. Pierwsze co rzuca się w oczy to rudowłosa dziewczyna, siedząca na krawężniku. Jej oczy są pełne łez, ręce bezwładnie opadają, a wiatr rozwiewa włosy we wszystkie strony. Nawet nie podnosi głowy gdy wysiada. Pierwsza myśl to, że gdyby ktoś chciał jej coś zrobić, nawet by nie zareagowała. Dopiero po chwili przypominam sobie przez kogo ona płacze. Mam ochotę się zastrzelić.
    -Ella1 - i nie wiem co dalej. Co mam jej powiedzieć? Pewnie mnie nienawidzi za to wszystko. Podchodzę powoli i siadam pół metra od niej. Dopiero wtedy podnosi głowę i... wtula się we mnie.
    -Ethan, jesteś... - mówi słabym, smutnym głosem. Obejmuję ja ramieniem.
    -Jak się czujesz? - Wiem, że to głupie pytanie, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy.
    -Szkoda, że to już koniec. Było cudownie. Ale my, Ethan... To co innego. Nie żałuję tego, co było między nami, ale mogliśmy mu wcześniej powiedzieć. To było nieuczciwe, a on teraz cierpi przez nas.
    -Wiem, chciałbym wiedzieć co się z nam dzieje. Mam przed oczami pełno scen z książek, jak po zerwaniu, jadąc autem, ludzie wjeżdżają w drzewa, powodują wypadki drogowe, w amoku okaleczają sami siebie... Nawet nieumyślnie. Przepraszam, że to mówię, ale denerwuję się. Wiem, że to mało prawdopodobne i zdarza się tylko w filmach. Nie ma się co martwić. Będzie okay.
    -Ethan, pokochałam cię... Przez kilka dni, które spędziliśmy razem, przez wspólna tajemnice, przez każde słowo skierowane do mnie... Po prostu, kocham cię!
    -Wiem, ja już.... Czekaj, co?! Teraz? - robię z siebie idiotę jak zwykle. Powoli dociera do mnie to co powiedziała. Dobrze wiem, że nie jest dla mnie tylko przyjaciółką, ale nie wydaje mi się, żeby okoliczności były sprzyjające. - Wiesz, że ja też. Sorry z a reakcję. Trochę mnie zasko...
  Telefon przerwał mi wpół słowa. Nr. prywatny. Zazwyczaj nie odbieram od prywatnych, ale tym razem czułem, ze powinienem
    -Tak, słucham? O co chodzi? CO? Już jedziemy! Tak, ale daleko. Przyjacielem. Do widzenia. Będziemy za pół godziny. Do widzenia!
    -Kto to?
    -Jared miał wypadek. Jest w szpitalu. Musimy jechać.
    -Coooo? Jaja sobie robisz?! To ma być aluzja do tego co przedtem mówiłeś? Mało śmieszne!
    -Nie, to prawda! Dzwonię po taksówkę.

1 stycznia 2016

18.

Hey, hey, hello! Witam po długiej przerwie... Nie miejcie nam tego za złe, przygotowania do Świąt, same Święta i wypad w rodzinne strony. Dzisiaj po tylu dniach w końcu znalazłem czas, aby coś napisać. Tym razem rozdział z punktu widzenia Jareda. Zapraszam do czytania i życzę miłego wieczoru.

Nerwowym ruchem przekręcam kluczyki, po czym z impetem wybiegam z auta, kierując się w stronę stojącej niedaleko Elli. Moje ciało ogarnia furia. Czuję, jak moja twarz nabiera bordowego koloru. Gdy znajduję się twarzą w twarz z rudowłosą, rzucam jej spojrzenie pełne obrzydzenia.
- Jared, co się stało? - pyta zatroskanym głosem. - Wyglądasz na zdenerwowanego.
Brawo, Sherlocku. Prycham i posyłam jej sarkastyczny uśmiech.
- Nic się nie stało... Troszkę posmutniałem, bo pewna suka zdradziła mnie z moim najlepszym kumplem, ale ogólnie to wszystko w porządku. Chcesz porozmawiać przy kawce i poplotkować o chłopcach? Możemy się wybrać do galerii. - Sarkazm w moim głosie jest wyczuwalny na kilometr. Zatroskanie Elli znika i tym razem to ona czerwienieje, najwyraźniej z zawstydzenia. Jej zaszklone oczy latają ze wściekłością, a dłonie dygoczą.
- To nie... tak... jak... myślisz. - Tłumaczy się, zachrypniętym i łamiącym się głosem.
- Sranie w banię. Myślisz, że nabiorę się na taki shit? Nie jestem idiotą, widzę, co się dzieje między wami. Zresztą, Ethan mi wszystko powiedział.
Widząc jej zaskoczoną minę, kontynuuję.
- No co się gapisz jak sroka w gnat? Twój kochanek nie dotrzymał danego Ci słowa, przykro mi. - Mówię z udawanym smutkiem. - Myślałaś, że się nie dowiem. Pamiętasz jak poszedłem po Twister'a na strych? - Uśmiecham się drwiąco. - Pamiętasz czy nie?!
Ella lekko kiwa głową, zbyt roztrzęsiona by cokolwiek powiedzieć.
- Wszystko widziałem. Wasze słodkie pocałunki, zrzucanie ciuszków i niedoszły seks. Nie znaleźliście gumki? - Śmieję się cicho. - No. To by było na tyle. Powiedz mu, że zabieram to cacko - wskazuję palcem na lśniącego Range Rover'a, - na jakiś czas.
Zadowolony ze swojej przebiegłości i pewności siebie, powoli zmierzam do auta, machając Elli na pożegnanie. Zostawiam ją na chodniku, zapłakaną i niezdolną do ruchu, i z piskiem opon odjeżdżam z miejsca naszej konwersacji.

W nieubłaganie dłużącej się drodze do Starbucks'a myślę o mojej byłej dziewczynie. Zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę mnie zdradziła. Było jej ze mną aż tak źle? Co, byłem zły w łóżku? Może nie poświęcałem jej tyle czasu, ile powinienem... Ocierając dłonią pierwsze łzy, sięgam do kieszeni, z której wyciągam srebrny pierścionek z diamentem, który jeszcze niedawno miałem w planach wręczyć Elli. Od dawna planowałem się jej oświadczyć. Chciałem spędzić z nią resztę swojego życia, założyć z nią rodzinę, wprowadzić się do własnego domu. Chciałem, żeby była szczęśliwa ze mną. A teraz co? Dowiaduję się o zdradzie. I to z kim... Zatrzymuję się na poboczu i wychodzę z auta, ściskając w pięści pierścionek.
- Brzydzę się tobą, Ello Henderson - mówię do siebie połgłosem - Okrutnie się tobą brzydzę. Zapłacisz mi za to, co zrobiłaś. Już niedługo.
Złowieszczo chichocząc, zagłębiam się w las i chwilę potem zatrzymuję się, spoglądając w dół do wykopanego wcześniej dołu. Bez zawahania wrzucam tam diamentowy pierścionek i wracam do samochodu. Ella nawet się nie spodziewa, co mam w zanadrzu. Ponawiam diaboliczny śmiech i odjeżdżam.

30 minut później
Ni stąd ni zowąd, na niebie pojawiają się czarne chmury, zwiastujące burzę. Dziwię się, że akurat teraz będzie burza. Ostatni raz w Londynie trzaskało piorunami kilka miesięcy temu. Gruba pierzyna przykryła już całe niebo, gdy w oddali dostrzegam jasny zygzak. Chwilę potem rozlega się dźwięk potwornego grzmienia, poprzedzonego powolnym pokropywaniem deszczu. Fantastycznie, myślę. Zwiększam prędkość, chcąc wymigać się z jazdy w deszczu. Dopada mnie mimo wszystko. Nawierzchnia staje się śliska, w związku z tym włączam tryb 4x4. Słońce zaczyna zachodzić, zwiastując nastanie nocy. Jeszcze lepiej. Włączam światła długie, żeby nie oślepnąć w tej szarówce. Gdy wymijam auto gwałtownie zwalniające przede mną, spostrzegam auto nadjeżdżające z przeciwnej strony. Próbuję zahamować, zawzięcie wciskając pedał hamulca, bez skutku. Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że jest za późno. Masywny Jeep Commander wbija się w przód mojego wozu. Poduszki powietrzne się otwierają,  a moja głowa uderza w przednią szybę, tłukąc ją. Czuję, jak tracę kontakt z rzeczywistością...

Otwieram powoli oczy. Oślepiające światło przeszywa moje gałki oczne, zmuszając mnie do ponownego ich zamknięcia. Po chwili mrużenia ich, moje oczy przyzwyczajają się do kilku reflektorów zwisających z nieba. Przekręcam głowę o parę centymetrów w lewo, próbując dostrzec maszynę, z której dobiega donośne pip. Monitor EKG... Czyli jestem w szpitalu. Gdy okręcam głowę w drugą stronę, zaczynam czuć nieznośny, pulsujący ból w mojej czaszce. Wydaję z siebie krótki jęk i próbuję unieść ręce, aby pomasować skronie. Ani drgną. Zaczynam panikować. Wiercę się na łóżku szpitalnym i z całych sił próbuję poruszyć dłońmi. Nadal nic. Ból głowy się nasila, a ja wołam pielęgniarkę, oczekując natychmiastowej reakcji.
- Nie spieszcie się, ja poczekam, - wykrzykuję z jadem w głosie. - przyjdzie tu ktoś?!
Po kilku minutach szamotaniny i wołania o pomoc, do pokoju pospiesznie wkracza, Siostra Dorota. Phi.
- Co pan wyprawia?! - rzuca agresywnym tonem. - Ma pan leżeć i się nie...
- Nie mogę ruszyć rękami! - przerywam jej.
- Pańskie ręce są sparaliżowane po wypadku. Za kilka godzin wszystko powinno wrócić do normy. - odpowiada jakby od niechcenia.
- Zaraz, zaraz... Jakim znowu wypadku? - pytam, marszcząc czoło.
- No jak to... Nie, tylko nie to! Jak się pan nazywa?
- Ale po co...
- Jak się pan nazywa?! - ponawia pytanie, zdesperowanym głosem.
Tak szczerze to nie wiedziałem, czy Thomas czy James... a może Zack?
- Yyy... nie wiem jak się nazywam. A powinienem?
- Matko Boska... Amnezja powypadkowa. Muszę się skontaktować z lekarzem. Proszę tu leżeć do mojego powrotu!

Wypadaa jak poparzona i zostawia mnie samego w białej szpitalnej sali. Znając życie, pewnie psychiatryka. Pytanie brzmi: Jak ja się tam znalazłem? Nie pamiętam nic od obudzenia się, ani jak się tu znalazłem, ani co było przed wypadkiem... Wypadkiem... Jakim wypadkiem? Miałem wypadek? Muszę się jak najszybciej dowiedzieć... Ale może najpierw się trochę zdrzemnę. Sen dobrze mi zrobi. Zaraz potem zasypiam w głęboki sen i śnię o rudowłosej dziewczynie. Budzą mnie odgłosy konwersacij dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pyta zapłakany, młody chłopak.
- Panie Roche - stwierdzam, że to pan doktor - obawiam się, że szanse na przeżycie pańskiego kolegi są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona, więc jeśli w ciągu kilku następnych minut nie rozpoczniemy opercji, pacjent nie przeżyje.
Pacjent nie przeżyje.
Mogę umrzeć.

18 grudnia 2015

17.

Hejka!
Wreszcie znalazłam czas, żeby coś dodać. Baaaardzo długa przerwa, bo szkoła, nauka, konkursy, egzaminy, ale nie zapominamy o blogu. Poza tym staramy się pisać trochę dłuższe i bardziej dopracowane rozdziały. :P W tym rozdziale znowu przeżycia Elli. Zapraszam i miłego weekendu!! <3
                                                                            ---
  Znowu... Ten sam scenariusz co cztery miesiące temu. Jazda radiowozem przez ulice Londynu, znowu strach, znowu łzy. Patrzę w okno i obserwuję zmieniające się światła wielkiego miasta, które po chwili zlewają się w jedno i nic już nie widzę. Odliczam ostatnie minuty wolności, które mi pozostały. Ile razy jeszcze będę przechodziła przez to piekło? Czemu ktoś nie pomoże mi i nie zrobi czegoś, czegokolwiek, żeby cierpiał winny? Gdzie, do cholery, jest Ethan? Gdzie Jared? Mają gdzieś to, co się ze mną dzieje! O nie, komenda... Teraz się zacznie!
 Powoli, skutą w kajdanki, prowadzą mnie do budynku, w którym podjęta zostanie decyzja. Już nie będzie sądów, kuratorów, obrońców... Będzie wyrok i Prison Belmarsh. Gdy wchodzimy do środka pierwsze co widzę to komendant główny, który siedzi przy biurku i patrzy nieprzeniknionym spojrzeniem w moje oczy. Rozpoznaję go od razu: wysoki barczysty mężczyzna, z lekkim zarostem i włosami na jeża. Jacob Moran...
 -Ella Henderson! Gdzie pani uciekła? Nie było miło w więzieniu? - pyta głosem, z którego kapie ironia.
 -Ani trochę! - cedzę przez zaciśnięte zęby - Nie będę siedzieć za winy innych, zrozumiesz to w końcu?! Jakbyście ruszyli się i coś zrobili w tej sprawie, może znalazły by się dowody! Ale siedzenie i popijanie kawki jeszcze nie rozwiązało żadnego śledztwa.
 -Widzę, ze więzienie nie stępiło ci języka, Henderson. Po co ci było uciekać? Nic miłego z tego nie wyjdzie. A co do Isaac'a Sullivana to już go przesłuchiwaliśmy kilka razy i nic to nie udowodniło. Masz jakieś dowody? - jego kpina i wrodzone okrucieństwo dźwięczy mi w uszach, przez co łzy po raz kolejny napływają do oczu. Jednak z tym tyranem w mundurze się nie dyskutuje, tylko czeka na wyrok. Nie można też pokazywać słabości, więc powstrzymuję płacz i nadal patrzę mu twardo w oczy.
 -Miałam, ale nie obeszło was to. Dzwoń do ochrony Prison i spytaj się co znaleźli w celi 47.
 -Uuuuuu... Nasz Sherlock coś znalazł. Proszę bardzo! Już dzwonię. - podnosi telefon i wybiera numer. Chwilę mówi coś przyciszonym głosem, ale na twarzy widać malujący się szacunek i... coś, jakby strach. Nagle wychodzi z pokoju zdenerwowany jak nigdy. Rozglądam się po uporządkowanym biurku. Leżą na nim dwie kartoteki: 'Ella Henderson', 'Isaac Sullivan'. Obydwie są tak odłożone, że mogę przeczytać co jest napisane. U Isaac'a widać duże 'GŁÓWNY PODEJRZANY'. W mojej, okrągłym pismem, widnieje wyraźne 'DO WYJAŚNIENIA'. Fala radości zaczyna mnie powoli zalewać i nie mogę powstrzymać śmiechu.
 Po 5 minutach wraca Moran. Jest wściekły, ale też zmieszany.
 -I co? - zagaduję znudzonym głosem.
 -Nie masz prawa mieszać się w sprawy śledztwa! - wrzeszczy i widać, ze czuje się winny. Jestem już prawie spokojna, ale nie mam pojęcia co się stanie dalej.
 Po półgodzinie bezczynnego siedzenia i milczenia, na komendę wpada dyrektor więzienia. Za nim dwaj policjanci wprowadzają Isaac'a. Jest poddenerwowany, a jego pewność siebie wyparowała. Oczy ma rozbiegane i chyba nie orientuje się w sytuacji. Nasze spojrzenia się spotykają i dopiero wtedy staje się znowu bezwzględny, a wściekłość rozlewa mu się po twarzy. Siada na krześle obok i gdyby nie kajdanki, które uniemożliwiają ruchy, chętnie rzuciłby się na mnie.
 -Sullivan, jak to się stało, że Henderson trafiła do więzienia za ciebie? - irytacja Morana rośnie z każdym słowem.
 -Nie było trudno wam to wcisnąć. Rzuciliście się na jedną słabą wskazówkę i od razu wydaliście wyrok. Idioci, którzy nie wysilą się, żeby winny był ukarany. Wsadzacie, kogo wam przyprowadzą. - twarz Isaac'a znowu wyraża obojętność.
 -NIE MÓWI SIĘ TAK DO FUNKCJONARIUSZA! - Moran, cały czerwony ze złości, łapie chłopaka za ramię i potrząsa nim energicznie. - Wyprowadźcie go! - wyczerpany opada na fotel, ale szybko wraca do siebie i wlepia we mnie wzrok. Milczymy, ale nie przestajemy siłować się na spojrzenia.
 -Będziesz się tak na mnie gapił, Moran, czy powiesz co teraz?
 -Podpisz tutaj i jesteś... wolna. - chyba rzadko wypowiada to słowo.
 Ze zdenerwowania ręce trzęsą mi się jak nigdy, ale udaje mi się złożyć w miarę czytelny podpis. Jeszcze czekam na zdjęcie kajdanków i jestem wolna.
 -Rozprawa będzie 18. Żegnam!
 -Bye, Moran! - rzucam i już mnie nie ma. Wychodzę i pierwszy raz od pół roku czuję, że naprawdę żyję i nie mam nic, czego mogłabym się bać. Wreszcie mogę odetchnąć swobodnie, przestać martwić się tym co będzie i czy w ogóle będzie. W mojej głowie wiruje jedna myśl. JESTEM WOLNA!!!
 W tej chwili pod posterunek podjeżdża Range Rover Ethan'a. Jednak ze środka wychodzi czerwony ze złości Jared.

2 grudnia 2015

16.

Elo elo siemandero! Uszczypnijcie mnie, bo nie wierzę, że to już 16 rozdział! Tyle się zmieniło od pierwszego rozdziału, że szok... I bardzo gorąco dziękuję za ponad 1000 wyświetleń, nie minęły jeszcze 3 tygodnie, a 1526 (obecna liczba wyświetleń) to naprawdę dużo jak na takich dwóch półgłówków. xD W tym rozdziale jedna poważna rozmowa. Proszę o wyrozumiałość... brak weny nie pozwala na pisanie długich rozdziałów. :(
 Pozdrawiam i zapraszam do czytania!

W smutnej ciszy ogarniającej mój samochód podjeżdżamy pod dom Elli, aby poinformować jej brata o tym, co miało miejsce kilka godzin temu. Slalomem docieramy do drzwi i zatrzymujemy się tuż przy wejściu. Wzdycham, świdrując wzrokiem Jared'a, wciąż nie zdając sobie sprawy z tego, że Elli nie ma z nami.
- Jared?
Wsłuchuję się w powolne oddychanie mojego kolegi i oczekuję skinienia głowy. Mimo to, kontynuuję.
- Wiesz... Może pojedziemy do mnie? Mamy nie ma w domu, a musimy pogadać. Coś mi nie daje spokoju i chyba powinieneś wiedzieć... - czerwienię się, widząc jak Jared marszczy czoło.
- O co chodzi, Ethan? - pyta stanowczo.
- To długa historia i na pewno nie powinieneś jej usłyszeć przed domem Elli - mówię bez przekonania.
Jared kieruje się z powrotem do samochodu, a ja biegnę za nim, próbując go dogonić.
- Dobra, jedźmy. I tak nie mam ochoty na ploteczki przy kawuni z rozpuszczonym braciszkiem Elli. - prostuje Jared i śmieję się niezręcznie. Modlę się o to, żebym przeżył po tej rozmowie.
Niczym Struś Pędziwiatr zmierza do mojego domu, ja zaraz za Jared'em. Po upływie 10 minut parzę herbatę i usadawiam się wygodnie na fotelu na przeciwko niego. Nie wiem od czego zacząć i nerwowo zaczynam miętolić moją koszulę, jak zawsze, gdy się denerwuję.
- No to... o czym chciałeś porozmawiać? - zaczyna Jared, przerywając niezręczną ciszę.
- O Elli - informuję go, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy. Po chwili spoglądam na niego, widząc zmarszczone czoło - chodzi o to, że nie byłem do końca szczery, jeśli chodzi o moją relację z Ellą... Ostatnio nie spałem w nocy i rozmyślałem o tym, co jeszcze przed paroma nocami miało miejsce...
- Ethan, do rzeczy! - pogania mnie.
- Ugh... No bo... Nie wiem... całowałem się z Ellą! - w momencie przykrywam dłońmi swoją buzię, a oczy rozszerzają mi się ze zdziwienia. Nie wierzę, że to powiedziałem! - przeklinam się w duchu. Oglądam reakcję Jared'a. Siedzi w bezruchu, gapiąc się na punkt znajdujący się na stoliku kawowym. Po chwili wstaje i po prostu wychodzi.

Wybiegam za nim, próbując go dogonić, ale po Jaredzie ani śladu. Zostaje tylko kurz i puste miejsce na podjeździe. CHWILECZKĘ! Jeżeli na podjeździe jest puste miejsce to... A ten ciul! Wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię po taksówkę.
- Witamy! Niestety w chwili obecnej wszystkie taksówki są zajęte. Prosimy zadzwonić później.
- A jeb się, pójdę na piechotę.
- Przepraszam bardz... - urywam sygnał i śmieję się ze swojej głupoty. Postanawiam jednak wrócić do domu i włączam telewizję, zasiadając po raz drugi na fotelu. Akurat leci mecz mojego ulubionego klubu. Fantastycznie.

30 listopada 2015

15.

Hejka! To znowu ja, Marta! Maks ledwo przeżył za zdradzenie naszych imion, ale mu się udało :P Przepraszamy za tydzień nieobecności, ale było naprawdę dużo roboty i mało czasu. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. Rozdział przeciętny, ale okoliczności pisania były trochę niesprzyjające. Więc wybaczcie. Przy tej okazji chcieliśmy bardzo podziękować za ponad 1200 wyświetleń! Dla nas to naprawdę dużo i nie spodziewaliśmy się aż tylu w tak krótkim czasie. DZIĘKUJEMY!!! ♥
A teraz zapraszam do czytania! :D

Tydzień później umawiany się w trójkę w kręgielni na drugim końcu Londynu. Jest to pierwsze wyjście Elli od czasu naszej wielkiej ucieczki. Trema nas zżera, mimo że zrobiliśmy wszystko, by nikt jej nie rozpoznał. Ma ubrane luźne jeansy i bluzę kangurkę, chociaż nigdy tak nie chodzi, włosy spięła w kok i założyła duże zerówki. Nie przypomina siebie, ale nadal jest piękna. Przez cały tydzień, gdy jej nie widziałem, jej obraz był ciągle przy mnie i nie mogłem się go pozbyć. Cały czas wracał, chociaż nie chciałem i nie powinienem był o niej myśleć. Umysł jednak odmawiał posłuszeństwa i wciąż powtarzał nie kończące się 'Ella, Ella, Ella...'. Marzenie, by znów ją zobaczyć, dotknąć i usłyszeć jej głos było nieprzerwane. Teraz, gdy stoi przede mną, taka piękna i taka rzeczywista, mam ochotę olać Jareda i mieć ją tylko dla siebie. 'Człowiek zakochany jest zawsze w pewnym sensie idiotą'. Tylko czy można tu mówić o jakiejkolwiek miłości?

Wychodzimy z wielkiego domu Elli i kierujemy się do niezastąpionego Range Rover'a. Jest dość wcześnie (koło 17), ale zaczyna się robić chłodno. Chmury przemykają po niebie i zaczynają upuszczać drobne krople deszczu. Biegniemy do auta, żeby nie zamoknąć, a ja w duchu przeklinam klimat Londynu. Siadam za kierownicą i ruszamy. Rozdrażnienie, nie wiadomo czym spowodowane, ogarnia mnie bez reszty. Jadąc na sekundę patrzę w lusterko i kontempluję idealną twarz Elli, przez co prawie wjeżdżam w zaparkowane przy drodze auto. Z bijącym sercem słucham wrzasków Jareda.
  - Mógłbyś trochę uważać? Odwala ci ostatnio! Zakochałeś się czy co?! - Jar nawet nie wie ile w tym jest prawdy. To zdarzenie jednak przynosi mi dziwne uczucie. Nie jest to adrenalina, ale dzięki niemu widzę, jak dawno jej nie czułem. Tej jedynej, tej prawdziwej, gdy wisisz na granicy, ale jej nie przekraczasz. Ta, która kiedyś mnie motywowała. Przez ostatnie dwa tygodnie coś innego trzymało mnie przy życiu...

Po półgodzinie stania w korkach i okazjonalnej jazdy z prędkością 10km/h docieramy do kręgielni 'SuperShot'. Wnętrze jest miłe i ciepłe. Pod ścianą są ustawione duże kanapy, a wszystko jest utrzymane w odcieniach pomarańczy i oranżu. Przyjemny nastrój aż przyciąga do wejścia. W lokalu jest tylko kilka osób i dwie większe grupy, zajęte intensywną grą. Gdy wchodzimy, osoby przy stolikach patrzą na nas, ale dwóch facetów siedzących przy kontuarze wręcz lustrują nas spojrzeniami. 
 Niezmieszani ruszamy w stronę wolnej kanapy, gdzie zostawiamy rzeczy. Szybko przebieramy buty i zaczynamy ostrą rozgrywkę. Od początku wygrywam, co oczywiście nikogo nie dziwi. Prawie w każdej rundzie mam dwa razu więcej punktów.
  - Ethan! Możesz chociaż raz dać mi wygrać? Moja dziewczyna myśli, że jestem ofiarą! - Jared śmieje się i przewraca oczami. Kątem oka dostrzegam, że facet przy kontuarze ożywia się na dźwięk mojego imienia, zaraz wyciąga telefon i wstaje. Coś tu jest nie tak.
Gramy dalej, ale ja nie mogę się skupić. Mój szósty zmysł znowu mówi, że coś się szykuje. Jared i Ella myślą, że daję im wygrać, a ja nie chcę ich martwić. Może powinniśmy stąd wyjść? Nie, to może się źle skończyć. Ale zostać też raczej nie możemy. Nie wiem co zrobić.
  - Ej, grajcie chwilę sami. Muszę odpocząć.
  - No, co ty, Eth? Gramy wszyscy albo wcale. Idziemy z tobą.
  Ledwie odchodzimy od szatni, a w drzwiach pojawia się komendant londyńskiej policji. Przez ułamek sekundy zatrzymuje wzrok na drugim facecie przy ladzie, ale jest to prawie niewidoczne. Następnie dopełza zimnym spojrzeniem do naszej trójki, która dosłownie zamarza z przerażenia. Czuję, że reszta lokalu również przestała oddychać.
  - Ella Henderson? - pyta, wolno podchodząc do nas - pójdzie pani ze mną. Musimy omówić jedną sprawę.
  Ella blednie, zupełnie jak w dzień napadu przez Isaaca. Patrzy na nas błagalnie, ale odwraca się i idzie po swoje rzeczy. Po chwili wraca i staje przed komendantem. Dobrze wie co ją czeka.
  - Chodźmy - mówi głosem, który nie zdradza żadnych emocji. A my stoimy w bezruchu i patrzymy jak oddalają się szybkim krokiem. Co my narobiliśmy...

22 listopada 2015

14.

Hej! Powracam ja, Maks (szok i zaskoczenie, używam swego imienia), po tych dwóch dniach nieobecności. Na szczęście Marta (imię współautorki, szok i zaskoczenie po raz drugi XD) nadrobiła wszystko dosyć długim rozdziałem. Wiem, że pewnie mnie zlinczuje za podanie prawdziwych imion nieznajomym ludziom, ale yolo, będzie łatwiej się porozumiewać. I zdecydowaliśmy, że notka od autora będzie się pojawiać u góry, tak będzie sprawniej i wydajniej. Zapraszam na pełen emocji rozdział, tym razem z punktu widzenia Elli, żebyście mogli się dowiedzieć, co myśli i czuje Ella. Radzę się zaopatrzyć w pop-corn, bo rozdział będzię nieco ognisty.

Z punktu widzenia Elli


Wgapiam swój wzrok w zachodzące słońce, licząc na palcach, ile rzeczy już w swoim życiu spieprzyłam. Niestety, zabrakło palców. I niedługo zamierzam spieprzyć kolejną sprawę - związek z Jared'em... Ja po prostu nic do niego nie czuję. Już nie. Kiedyś był dla mnie podporą, aniołem zesłanym z góry, który utrzymywał mnie przy życiu. Teraz, gdy patrzę na niego, widzę najwyżej brata, albo kuzyna. Troszczy się o mnie niesamowicie, i wspiera mnie całym sobą, ale ja nie potrafię tego docenić. Emocje mnie rozpierają i nie potrafię sobie z nimi poradzić, więc kieruję się w stronę łazienki, w poszukiwaniu leku na stres i depresję. Podnoszę rękawy swetra i ukazuję swoim oczom liczne blizny, każda ciągnąca za sobą jakieś wspomnienie. Muskam kciukiem wiele z nich, przywołując jedno po drugim. Oczy mi się zaciskają, co sprawia, że pojedyncza łza spływa po moim policzku. Z papierka wyjmuję żyletkę i zwinnym ruchem tworzę kolejną rankę na mojej ręce, która szybko się zabliźnia. Są piękne. Te blizny są niczym tatuaże. Każda ma swoje znaczenie, każda ma niewidzialną datę i opis. Po zmyciu krwi z mojej ręki chowam żyletkę w najdalszym końcu półki, tak, aby przypadkiem nikt nie zauważył i opuszczam łazienkę.

Przy barku, w kuchni, siedzą Jared i Ethan, zawzięcie dyskutując na temat wczorajszego meczu. Wywracam oczami i podchodzę do nich, żółwim krokiem.

- Jakie plany na wieczór? - pytam weselej, niż zamierzałam.
- Nie wiem, możemy pograć w... - zaczyna Ethan, ale przerywa mu wyraźnie podekscytowany Jared.
- Zagrajmy w Twistera! - spogląda na nas błagalnym wzrokiem, na co my odpowiadamy wzruszeniem ramion.
Popędził na górę w poszukiwaniu planszy do Twistera, a Ethan i ja pozostajemy w ciszy, tylko nie tej niezręcznej, a bardzo zręcznej. Gapimy się na siebie wielkimi oczami. Jego źrenice wyraźnie się powiększają, a twarz robi się czerwona jak burak. Widać, że mu się podobam, i to bardzo, ale jak sam stwierdził, nie możemy zranić Jared'a, choćby nie wiem co. Problem polega na tym, że dziwnie się czuję w obecności Ethan'a. Czuję, że latam wysoko ponad chmurami, a rzeczywistość przestaje mieć znaczenie. Gdy jesteśmy tylko ja i on, w odległości kilku centymetrów od siebie, tylko Ethan się dla mnie liczy. To niesamowite, lecz bardzo wybuchowe uczucie. Kolejny powód do cięcia się, ekhem. Z moich przemyśleń wybijają mnie pierwsze słowa Ethan'a od kilku minut wpatrywania się na siebie.

- O czym myślisz? - spytał, z uśmieszkiem bandziora na ustach.
- O Tobie - stwierdzam, nie myśląc, co mówię. Nagle dociera do mnie co powiedziałam i oczy mi się wytrzeszczają. Ethan też nie kryje zaskoczenia. Pieprzę to, powiem mu wszystko, i tak nie mam nic do stracenia - Wiesz, jesteś mega dziwny, Ethanie Roche. Pojawiasz się w moim życiu i nagle przewraca się o 360 stopni. Od paru dni myślę tylko i wyłącznie o tobie. O twoich falistych włosach, o twoich idealnie białych i prostych zębach, o twoim sarkastycznym uśmieszku, który marzę, żeby zmieść z Twoich ust pocałunkiem, o Twoich pięknych oczach, o Twoim dywanie na klacie - Tu pojawia się lekki chichot ze strony Ethan'a - Ethanie, nie wiem, co się dzieje, ale przy Tobie tracę świadomość i bardzo bym chciała się z tego wyleczyć, ale nie potrafię. To tyle jeśli chodzi o mnie. Teraz po prostu wiesz, co czuję, ale nie zaprzątaj sobie tym głowy. To nie jest ważne. - uśmiecham się lekko i niezręcznie, co Ethan uznaje za kropkę.
- To jest bardzo ważne, w każdym razie dla mnie. Ja... ja nie mówię tego często, ale coś czuję do Ciebie, co sprawia, że zachowuję się jak idiota. Jak Ty jesteś blisko, to serce zaczyna mi łomotać i robię się niezdarny, i w ogóle, pieprzę głupoty. Nie wiem jak to nazwać, ale jeżeli to jest miłość, to miłość jest zajebistym uczuciem... - czerwieni się, ale mówi dalej - Nie znamy się długo, jednak czuję, jakbyśmy znali się wieczność. I to jest najbardziej niesamowite. Nie ma jakiejkolwiek niezręczności w naszych rozmowach, zawsze dokładnie wiem co powiedzieć, i Ty podobnie - przerywa, czekając na odzew z mojej strony. Ja stoję przed nim jak słup soli i nie wiem co powiedzieć. Zamurowało mnie. Jedyne, co w tej chwili potrafię wymówić, to jakieś nieznane naszemu językowi dźwięki, które Ethan'owi najwyraźniej wydają się zabawne. Po chwili docierają do mnie jego słowa i zbliżam się do niego, tak, że nasze nosy się stykają.
- Długo czekałam na tę chwilę, Roche. - stwierdzam, zamykając oczy oraz napawając się jego cudowną wonią mięty i limonki.
- Chwila, na którą czekałaś jeszcze nie trwa - otwieram oczy i wpatruję się w niego ze zdziwieniem. Wtedy obejmuje mnie w pasie i lekko łączy swoje wargi z moimi. Nawet taki pocałunek od Ethan'a sprawia, że prawie mdleję, więc nawet nie próbuję go pogłębiać. On ma inne plany...

Zmysłowym dotykiem warg przenosi mnie do miejsca, w którym raz już byłam. Znowu te iskierki namiętności, znowu te fajerwerki uczuć, które robią ze mną co chcą. Ethan otula mnie swoim ciepłym oddechem i pieszczotami sprawia, że chcę więcej. Ciągnę go za sobą na kanapę i zwinnym ruchem znajduję się na nim. Moje ręce bezwładnie dryfują pod jego koszulką, a on swoje trzyma pod moimi pośladkami. Ogromnie mnie to podnieca. Nagle mam ochotę zrzucić z niego całe jego ubrania i zacząć eksplorować całe jego ciało rękami. Niestety, wiek Ethan'a nie pozwala mi na to. Nie chcę iść znowu do paki, za przemoc seksualną na nieletnich tym razem.
Uśmiecham się w pocałunku, co Ethan zauważa i przerywa go po chwili.

- Czemu się uśmiechasz? - pyta w mega seksowny sposób.
- Bo ledwo się znamy, a całujemy się, jak niewyżyte seksualnie morsy w okresie godowym - odpowiadam, a on się śmieje.
- Wiesz, że nie możemy? - posmutniał Ethan.
- Wiem, ten matoł zaraz powinien wrócić - wzdycham.
- A tak właściwie... to czemu go tak długo nie ma? - Ethan podniósł się z pozycji leżącej.
- Nagle Cię to tak interesuje? Zakochałeś się czy co? - kuszę.
Mój... kochanek (?) chyba zrozumiał przekaz i objął moją szyję, gorącymi wargami wpijając się w moje. Drżąc z podniecenia pogłębiam pocałunek, nagle czując jak nasze języki łączą się w sposób niesamowicie erotyczny. Nie kontroluję się, z impetem zdzieram z niego czarną koszulkę, co go zaskakuje, ale nie pozwalam mu przerwać spotkania naszych ust. Chwilę po tym obsuwam się, czule muskając jego szyję językiem. Nagle zaciskam swoje usta na jednym z punktów, a Ethan jęczy z rozkoszy. Uśmiecham się figlarnie i powracam do jego warg. Nasze ręce już się nie kontrolują, i odnajdują najróżniejsze części naszych ciał, każdy jeden dotyk przyprawiający nas o drżenia. Na taki pocałunek czekałam. Takiego pocałunku nie mógł mi dać nikt inny oprócz Ethan'a.

Gdy słychać radosne skoki Jared'a w dół schodów, my siedzimy na kanapie, ubrani i śmiejący się z bardzo udanego żartu Ethan'a. Spoglądamy za siebie i wywracamy radośnie oczy, widząc podekscytowanego Jared'a. To co przed chwilą się działo było bardzo niesprawiedliwe i nie powinno się było wydarzyć, lecz było najpiękniejszą chwilą mojego życia. I śmiejemy się i bawimy się całą noc w pozornie nudną i idiotyczną grę, zapominając o 'problemie', lecz decyduję z Ethan'em na osobności, że będziemy musieli z czasem powiedzieć Jared'owi prawdę.

20 listopada 2015

13.

  Zrezygnowany opieram się o umywalkę, na której jeszcze minutę temu siedziała Ella. Spoglądam w lustro, gdzie widzę brudnego i zmęczonego człowieka. Próbuję się uspokoić i wmówić sobie, że to co zrobiłem było właściwe. Przecież przerwałem w odpowiednim momencie, uniknąłem katastrofy. 'Piekło wybrukowane jest dobrym chęciami' -
przypomina mi się powiedzenie matki, ale szybko odrzucam myśl o niej i znowu spoglądam w lustro. Nie potrafię się okłamywać! Nie powinno dojść w ogóle do takiej sytuacji, ale..... Ciągle czuję na wargach jej gorące usta, ciągle czuję delikatność jej ciała, widzę blask jej twarzy... Targają mną dwa różne uczucia: złość, że pozwoliłem jej (i sobie) na TO, i zadowolenie, że tak bardzo rozwścieczyło ją, że przerwałem, pomieszane z pragnieniem wzięcia jej znowu w ramiona.
Widać, nie tylko mnie tak do niej ciągnęło.

  Uśmiecham się zawadiacko do człowieka w lustrze.
Moja przekora daje o sobie znać. Mrugam do siebie porozumiewawczo i zaczynam się przygotowywać do opuszczenia miejsca zbrodni. Szybko obmywam twarz, przeczesuję palcami ciemne włosy i wychodzę pewnym krokiem z łazienki.

To co widzę przerasta moje przypuszczenia. Na łóżku siedzą Ella i Jared i szepczą sobie do uszka słodkości. Nikt nie wpadłby na to, że jeszcze 5 minut temu ładniejsza połowa tej pary chciała się kochać z kimś zupełnie innym.
Fałszywa zdzira - myślę, ale nie mówię nic, bo wiem, że tym próbuję tylko zagłuszyć coraz głośniejsze wyrzuty sumienia. Stoję więc oparty o ciemnobrązową framugę i przyglądam się.

Nieszybko mnie zauważają.
Gdy ich spojrzenia skupiają się na mnie, w oczach Elli widzę złość i ból. Trzeba to jak najszybciej odkręcić.
- Sorry, że przeszkadzam, ale czy mogę zamienić słówko z Ellą? - niechęć bije od nich, ale Jared tylko leniwie kiwa głową.
- Zaraz wrócę, Jar. - ton jej głosu wbija mnie w ziemię i nagle ogarnia mnie ochota, żeby uciec z tego domu, ale zwalczam ją.

Idziemy do najdalszego końca domu. Wolę, żeby Jared nie słyszał naszych krzyków.
- Czego chcesz jeszcze? Masz jeszcze jakieś metody na totalne upokorzenie mnie?  - jej głos jest ostry, aż przechodzą mnie ciarki.
- Ella, to było głupie i nie wiem jak do togo doszło. - bronię się jak mogę
- Nie wiesz?! To ja ci powiem! Zrobiłeś to tylko dlatego, żeby mnie zniszczyć!, upokorzyć!, ośmieszyć! I żeby udowodnić sobie, że jesteś najlepszy i możesz zdobyć dziewczynę swojego kumpla, mimo że znasz ją dopiero 24 godziny! Jesteś jednak na tyle lojalny, że nie przelecisz jej, tylko zostawisz. Zrobiłeś to po to, żeby wyszło, że to ja jestem dziwką, szmatą i cała wina leży po mojej stronie! Jesteś skończonym chamem, Roche!
- Dobrze wiesz, że to jest wina nas obojga. Żadne z nas nie powinno dopuścić do takiej sytuacji. Oboje zrobiliśmy Jaredowi coś strasznego i ja nie czuję się z tym okay. Cieszę się (z jednej strony), że do niczego nie doszło. Jakbyśmy do tego przyznali? - widać wyraźnie, że mięknie i nie wie co powiedzieć.
- Dobra, z tego nie wyniknie nic dobrego, ale po co jeszcze dokładać problemów? To zostaje między nami i zapominamy o tym?
- Jak to nic dobrego? Teraz przynajmniej wiesz kogo szukać jak zerwiecie - nie mogę się powstrzymać, żeby to powiedzieć.
- Ethan, spokój! - próbuje udawać, że dalej jest zła, ale widzę, że ledwo powstrzymuje uśmiech. Ma uroczę dołeczki w policzkach, a w oczach igrają tajemnicze iskierki.
- Czyli wstępnie o tym zapominamy?
- Wstępnie!
- Przepraszam! Jesteś piękna! To wszystko dlatego - podaję jej rękę na zgodę, ale ona to olewa i delikatnie całuje mnie w policzek. Razem wracamy do pokoju.

Hejka!
Kolejny uzupełniający rozdział, tym razem w moim wykonaniu. Wyszedł dość dobrze, ponieważ mój ukochany współautor pojechał do kuzynów i nie zaglądał mi przez ramię ani nie przyspieszał. <3 Więc zostawiam was z tym i czekam aż książę wróci i coś skrobnie.
Miłego weekendu!!! :***

19 listopada 2015

12.


W tej chwili nie wytrzymuję. Podbiegam do niej i biorę ją w objęcia. Ku mojemu zdziwieniu, Ella wtula się w moją szyję. Słyszę tylko jej szybkie bicie serca i szlochanie spowodowane strachem. Po chwili słyszę też głośne chrząknięcia Jared'a, ale wali mnie to. Ella jest taka krucha i sama się prosi o to, żeby ją przytulać. Nasze ciała wtapiają się w siebie i nie możemy się od siebie odkleić. Nagle moja ręka wędruje niżej niż powinna... Na co Ella odpowiada wzdrygnięciem się, ale nie przerywa tej boskiej chwili. Pierwszy raz ogarnia mnie takie uczucie. Uczucie troski i wszechogarniającego pragnienia chronienia jej. Po paru minutach Jared przystępuje do próby odklejenia nas od siebie. W końcu mu się to udaje i w momencie staję się czerwony jak barszcz. Nie chciałem tego przerywać... Nie, no, chyba się nie zakochałem. Nie znam Elli, więc jak mogę być w niej zakochany. Zresztą, ona jest z Jared'em, on by mnie zabił, jakby się dowiedział, że coś do niej czuję. Dlatego jemu nie powiem.

Po dwudziestu minutach (tyle zajęło nam ogarnięcie się i rozmowa na temat tej dziwnej sytuacji, która miała miejsce) udaję się do łazienki w celu "odcedzenia kartofelków". Podczas mycia rąk do łazienki wchodzi Ella. Zatrzaskuje drzwi i przekręca klucz. Wtedy wiem, że dostanę po łapach.

- Ethan, pojebało Cię? To było mega niezręczne... Jared stał tam na środku pokoju i nie wiedział, co zrobić, bo Ty nie miałeś zamiaru mnie puścić. Co Ty sobie wyobrażasz? Nagle pojawiasz się w moim życiu i od razu chcesz mnie zdobyć? Myślałam, że jesteś normalny! - niemal wydziera się na mnie.
- Zjedz snickersa, bo gwiazdorzysz - szepczę cicho, by nie usłyszała. Niestety, usłyszała.
- Masz jeszcze jakiś komentarz!? Powtórz, bo zdaje się, że nie słyszałam. Ugh, czemu wszyscy faceci są tacy sami. Nie dość, że przed chwilą Jared się na mnie wydzierał, że obściskuję się z Tobą, to jeszcze Ty... Wiecie co? Pocałujcie się wszyscy w dupę. Mogłam siedzieć tam w pace. Miałabym święty spokój od pojebów, i pojebów, i jeszcze więcej pojebów! - Ella aż kipi złością.

Nie czekam dłużej. Moje usta odszukują w ciemności (zgasiła światła) jej, lecz odruchowo przerywam pocałunek, zdając sobie sprawę z tego, co zamierzamy właśnie zrobić.
- Ella, nie możem... - przerywa mi kolejnym pocałunkiem, tym razem o wiele gorętszym i dłuższym. Po chwili zaczynam pieścić swoim językiem jej słodkie wargi i napawam się tą chwilą. Uczucie, która mnie ogarnia jest nie do opisania. Mój żołądek wywraca się do góry nogami, a wszystkie wątpliwości ze mnie spływają. Czuję się pewny siebie, co przekłada się na ruchy mojego ciała. Jedną rękę trzymam powyżej jej pasa (schodzi coraz niżej), a drugą na jej mokrym od łez policzku. Widzę, że Ella przeżywa tą chwilę tak bardzo intensywnie jak ja. Uśmiecha się, nie przerywając pocałunku. Korzystam z tej chwili, i go pogłębiam, sprawiając, że jest bardziej mokry i niezdarny. Ale to nic. Wysadzam Ellę na ogromnej umywalce, a ona oplata swoje nogi dookoła mojego pasa. Nagle jej chłodne ręce znajdują się pod moją koszulką, Eksploruje teren mojej klatki piersiowej, co sprawia, że wychodzę z siebie. Ella czując, jak się gotuję, gwałtownie ją podnosi i okazuje moją nagą pierś. Pomagam jej ze zdjęciem swojej bluzki, ale zanim posuwamy się dalej przerywam pocałunek.
- Ella, zwolnijmy trochę... Ja nie... Nie chcę... tego.
Wtedy dostaję w policzek. Ałć.
- Jednak jesteś dupkiem, Ethanie Roche! - syczy na mnie i ubiera swoją bluzkę, wychodząc z łazienki. Zostawiła mnie tam samego, czerwonego, spoconego i całkowicie rozdartego emocjonalnie.
Pogładziłem swój obolały policzek.
Kiepsko zaczynasz, Roche. Kiepściutko - przeklinam się w duchu.

Z góry przepraszam za ostatnią scenę, poniosło mnie! XD Dobry wieczór :D Co nowego? Ja dzisiaj patrzę na wszystko od lewej strony, bo nie mogę ruszyć głową w prawą stronę. Problemy z karkiem... Ale jakoś przeżyję. W końcu pojawił się rozdział, który miał się pojawić wczoraj. Z braku weny go nie skończyłem, ciężko się opisuje sceny pocałunku, naprawdę. Może następnym razem pójdzie łatwiej. Życzę miłej lektury i zapraszam do czytania kolejnego rozdziału (oby dzisiaj). Do zobaczyska!

18 listopada 2015

11.

  Tego budynku nawet nie można nazwać domem. Jest to jednopiętrowa rezydencja o dużych oknach i białych ścianach z ceglanymi elementami. Wiedziałem, że Ella jest bogata, ale żeby mieszkała sama w tak wielkim domu? 
  - Ale masz chatę! Sama tu mieszkasz? - otwieram usta z zachwytu i nie mogę przestać się wgapiać w imponujący, biały budynek. 
  - Z bratem i jego żoną, ale dom jest podzielony na dwie części, moją i ich. Sama bym nie wytrzymała. Ethan! Możesz już przestać? Domu nigdy nie widziałeś - Ella nie może powstrzymać się od śmiechu, widząc moją minę. 
   - Rzadko widuje. Tak to jest z dziećmi ulicy. Chodź, biedaczku mój kochany. Ella pokaże ci co to jest cywilizacja - ton Jareda jest słodziutki, a oczka zalotnie mrugają. 
  - Oh, Jared! Jaki ty jesteś uroczy! Aż mam ochotę cię schrupać! - posyłam kumplowi buziaka - Mówiłem ci już kiedyś, że cię uwielbiam, Jar? 
  - Chłopaki! - Ella nie jest taka kochana i pogania nas, żebyśmy wchodzili do środka.  
  Kolejny raz staję jak wryty. Sam korytarz wygląda jak wyjęty prosto z katalogu. Na wprost drzwi jest wielkie lustro, w którym idealnie widać, że tej nocy mało spaliśmy. Ale o wyglądzie można szybko zapomnieć w takim wnętrzu. Ściany są pomalowane na piękna limonkową zieleń, która w połowie przechodzi w wielką fototapetę, przedstawiającą jakaś egzotyczną wyspę. Na suficie wisi wielki żyrandol. Wszystko jest urządzone z precyzją i smakiem, ale nowocześnie. 
  -Ile zapłaciłaś projektantowi za taki wystrój? - moja twarz znów zaczyna przypominać pijanego mopsa.
  -Sama wszystko projektowałam. Studiuję architekturę wnętrz. Znaczy studiowałam. Trzy miesiące temu... Dobra, chodźmy. Musimy obgadać kilka rzeczy. - stara się, żeby jej mina wyglądała normalnie, ale od razu widać, jak bardzo jest jej przykro. Zielone oczy mają w sobie tyle smutku, że najchętniej przytuliłbym ją teraz. Wiem jednak, że za to straciłbym kumpla i górne jedynki. Opieram się więc myśli wzięcia Elli w ramiona i skupiam się na oglądaniu domu.
 -Zapraszam do mojego królestwa! 
  Powoli wchodzimy do pokoju Elli. Całość jest utrzymana w odcieniach brązu. Głównie kawowy i czekoladowy. Na środku stoi wielkie dwuosobowe (!) łóżko z baldachimem. Szafki mają niecodzienne kształty i są fantazyjnie rozmieszczone. Na ścianie wisi tylko jeden obraz, mój, który Jared dał jej na urodziny. 
  -Ładny pokój, ale najbardziej podoba mi się ten obraz. 
-Dostałam od Jareda. Podobno malowany przez profesjonalistę. 
  Prawie dławię się ze śmiechu, ale nie daję nic po sobie poznać. Mrugam tylko porozumiewawczo do kumpla, który nagle zmienił karnację na, bardzo modną tego lata, czerwień. 
W trójkę siadamy na łożu i zaczynamy rozmowę. 
- Ja nie wiem co zawaliło. Plan był dobry. Wręcz idealny. - Jared po raz kolejny pokazuje, że jest bardziej tępy niż wygląda.
 - Ughhhh... Pomyśl trochę. Tu nie było żadnego planu, wszystko było bez przemyślenia i szło zbiegiem okoliczności. Dlatego trzeba teraz wszystko omówić. Po pierwsze trzeba ustalić co Ella ma teraz robić. W okolicy wszyscy wiedzą, że siedziałaś, lepiej żebyś się nie pokazywała. Poza tym nie wiadomo czy dowody, które zostawiliśmy, wystarczą, żeby oskarżyć Isaaca, a ciebie uniewinnić. I jeszcze sam Isaac. On jest bardzo niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Może nawet w tej chwili miesza i robi wszystko, żeby nam przeszkodzić.
 Ella w jednej chwili blednie i podbiega do lustra, żeby obejrzeć rany zadane przez Isaaca. Widać, że jest przerażona i nie wie co ze sobą zrobić.
 -Błagam was! Nie pozwólcie, żeby on coś mi zrobił! - mówi, a po jej policzku spływa wielka łza...

Witam :**
Jesuu, to już 11 rozdział :O
Wiemy, że ostatnio trochę gorzej nam to idzie (był jeden dzień bez rozdziału :o), ale duuużo nauki i mało czasu. Ale robimy co możemy i motywujemy się nawzajem. Zostawiam was z tym rozdziałem i zapraszam na następne, bo akcja się rozkręca :D
Miłego wieczorkuuuu!! <3

17 listopada 2015

10.

Nagle Ella znajduje się w ramionach Isaac'a z przyciśniętym do szyi nożem, a ja i Jared nic nie możemy zrobić. Patrzymy na siebie znacząco i zastygamy w bezruchu, gdy na szyi Elli pojawiły się krople krwi.

- ZOSTAW JĄ! - krzyczy Jared i wyrywa się do ataku, ale go zatrzymuję.
- Ani słowa, bo ta szmata zginie! - warczy Isaac.
- Isaac, zwariowałeś? O co Ci chodzi?! - syczę na mojego wroga.
- Jak się zrzekniesz pierwszego miejsca w hierarchii najodważniejszych to ją puszczę!
- Weź się uspokój, takie coś nawet nie istnieje. Zżera Cię zazdrość i tyle, bo nie masz tyle siły i odwagi co ja, matole.
Nagle nóż zaciska się jeszcze mocniej i Ella piszczy z bólu.
- ETHAN! - wydzierają się na mnie razem z Jared'em. Chyba nie pomagam...
- Dobra, dobra! - mówię z desperacją w głosie - przyznaję, że jesteś bardziej odważny i silniejszy, i o wiele lepszy w bezsensownym lataniu po ścianach budynków. Proszę, udław się.
Isaac wypuszcza Ellę, która osuwa się na twardą ziemię, zwijając się w kłebęk i szlochając z bólu. Jared pędzi do niej i bierze ją w swoje ramiona przyciskając swoje wargi do jej. Uśmiecha się przez pocałunek, a ja nie wytrzymuję psychicznie.
- Zaraz rzygnę tęczą, tacy jesteście słodcy - oznajmiam z udawaną słodyczą.
- Zamknij się. To nie ja jestem zdesperowanym singlem bez postawionych jasno wartości w życiu. - warczy na mnie Jared. Podnoszę ręce w geście poddania i zakrywam oczy ręką, nie patrząc na kolejną scenę publicznego ślinienia się. Fuj.

Po opatrzeniu Elli (apteczka w samochodzie jednak się przydaje) wsiadamy z powrotem do Range Rover'a i decydujemy, że wracamy do domu. Ale nie do mojego, ani Jared'a. Jedziemy do domu Elli. Po raz pierwszy odwiedzę dom Elli i jestem podekscytowany jak małe dziecko (hmm...). Ciekawi mnie, czy też ma pełno obrazów na ścianach, i czy ma biurko pod oknem. I czy ma wannę w łazience na górze, jak w ogóle ma górę.
- Mam ochotę na banana - stwierdzam nagle i moi towarzysze patrzą na mnie zmieszanym wzrokiem - No co, posiadanie własnego zdania chyba nie jest zabronione. Chcę banana, i go sobie zjem. Ella, macie w domu banany?
- Ethan, co Ty ćpałeś? - pyta Ella, śmiejąc się lekko.
- Tylko kokę, herę, i paliłem rano marychę - szczerzę się radośnie - ale poza tym to nic.
Dojeżdżamy pod jej dom i z wrażenia odbiera mi mowę.

Dobry wieczór! (z góry przepraszam za kiepski humor w tym rozdziale, ale późno jest na pisanie. :D) Rozdział wyjaśniający akcję z poprzedniego, pisany bardzo ekspresowo, bo ktoś się domaga rozdziału (pozdrawiam Ankę C.). Ogólnie, jadą do Elli, która ma zajebisty dom, ale cii, w kolejnym rozdziale się dowiecie reszty. I może będzie kolejny problem (tu się wiecznie coś dzieje!). Ale nic nie zdradzam, miłego czytania i dobrej nocy! Widzimy się (teoretycznie) jutro lub pojutrze.

9.

Wleczemy się do drzwi. Oczy mamy jak pięciozłotówki i nikt nic nie mówi (nie licząc kilkuset przekleństw). Jednak Jared nie wytrzymuje długo i gdy tylko wychodzimy przed Starbucksa zaczyna wrzeszczeć jak opętany.

  - Kurwa! Jak można być takim idiotą? Chyba nikt nie ma takiego farta! Na 5 minut zostawić rzeczy i już ich nie ma. Walić! Cała akcja spieprzona!
  - Luz, ziom. Akcja się udała. - mówię bez przekonania, bo wiem o co mu chodzi. Sam mam ochotę sobie powrzeszczeć, ale jako człowiek kulturalny, nie ryczę jak ranny kojot o 5 nad ranem. Patrzę na Ellę, ale ona wygląda jakby miała to głęboko. 

  Zaraz po wyjściu zaczynamy liczyć co straciliśmy. Dużo hajsu, rzeczy Elli, pluszowego misia, słuchawki, chusteczki, 20 metrów liny, jeszcze więcej hajsu, dwa telefony, paczkę szlugów i klucze do domu Jareda. Może nie wygląda to bogato, ale wszystko ma dla nas wartość. W myślach przeklinam tych pizgniętych zakochańców. Musieli się ślinić właśnie wtedy! 
  Idziemy, a konkretnie ledwo się wleczemy w stronę Range Rovera. Na szczęście nie zostawiłem kluczyków w torbie, bo teraz byśmy z buta wracali. Słońce zaczyna przeciskać się przez szare budynki Londynu. Nawet mimo tragicznej sytuacji nie mogę się oprzeć i przystaję, żeby obejrzeć ten magiczny widok. Widzę, że Ella też się zatrzymuje i wpatruje się intensywnie przed siebie, ale gdy odwraca się w moją stronę, w jej oczach widzę strach. Szybko podążam za jej spojrzeniem i staję jak wmurowany. Nawet Jaredowi brakuje słów.

  -Witam, gołąbeczki! Co tu robicie tak wcześnie? Oh, Ella! Jak my się dawno nie widzieliśmy! Tęskniłem! - Isaac stoi 10 metrów od nas i rzuca nam wyzywające spojrzenie. W ręku trzyma nasze torby. Od razu widać co robił w nocy.
  - Śledziłeś nas - ten człowiek szczególnie działa mi na nerwy. Ale dzisiaj, gdy wiem, że widział całą naszą akcję, boję się zrobić krok. Widział, że go wsypujemy, a nic nie zrobił. Nagle rzuca torby na ziemię i biegnie do nas. W ręku trzyma nóż.

Cześć! Dzisiaj bez głębszych przemyśleń. Rozdział krótki, ale niestety doskwiera chwilowy brak weny. Miłego czytania i dobranoc!

15 listopada 2015

8.

Powoli odjeżdżamy w blasku wschodzącego słońca. Jared wzdycha z ulgą.
- Nie sądziłem, że tak sprawnie nam pójdzie, ptasi móżdżku - uśmiecham się do Jared'a i uderzam go lekko w ramię.
- Hej! Nie musisz tak mocno... - śmieje się i oddaje o wiele silniej niż ja.
- Chłopaki, nie pobijcie się tu z tej radości! - woła Ella z tylnego siedzenia.
Miała bardzo subtelny i kobiecy głos. Lekka chrypka nadawała charakteru ostrej buntowniczki. Bardzo mi się to podobało. W ogóle, Ella mi się podobała. Jej rude włosy w świetle słońca mieniły się, a oczy koloru zielonego idealnie pasowały do jej ciemnej karnacji.
- Mam coś na twarzy, Ethan? - spytała rozbawiona Ella, spostrzegając, że się na nią gapię przez lusterko.
- Nie, nic nie masz na twarzy? O co Ci chodzi? - pytam zmieszany, kierując swój wzrok na ulicę przed nami.
- O nie! Ethan, nie uda Ci się to! - Jared spogląda na mnie surowo, i wiem co ma na myśli.
- Jared, przestań - jęczę - nie ukradnę Ci dziewczyny - mówię szeptem, tak żeby Ella nie usłyszała.
Nie mam zamiaru mu jej ukraść. Jest bardzo ładna, ale nic do niej nie czuję.

Po około 15 minutach docieramy do naszego ulubionego Starbucks'a, żeby opić naszą ucieczkę faworyzowaną przez nas karmelową latte macchiato.
- Wow, pierwszy raz tu jestem, i powiem jedno. Bardziej zajebistej kawy w życiu nie piłam! - wykrzyknęła Ella, raczej głośniej niż zamierzała.
- To taka nasza mała tradycja. Co tydzień w niedzielę jeździmy do Starbucks'a żeby uczcić każdy kolejny udany weekend! Teraz możemy uczcić inne, równie wesołe zjawisko - uśmiecham się niezręcznie do Elli, która odwzajemnia uśmiech.
- No... To ja skoczę do łazienki. Idzie ktoś? - pyta wesoło Jared.
- Ja pójdę - odpowiada Ella, wstając od stołu i patrząc na mnie - popilnujesz nam rzeczy? - pyta mnie z uśmiechem.
- No jasne! Nigdzie się stąd nie wybieram! - Śmieję się.

Gdy mija 15 minuta ich nieobecności, lekko wkurzony zmierzam w stronę toalety. Sprawdzam najpierw damską toaletę, gdzie znajduję tylko ciszę. Dopiero, gdy otwieram drzwi do męskiej toalety słyszę przeróżne odgłosy. Pukam w drzwi kabiny, z której się one wydobywają.
- Halo? Kończycie już? - chichram się, słysząc szepty.
- Yyy... Ethan? To Ty? - mówią jednym głosem i wybuchają śmiechem chwilę po tym.
- Moglibyście sobie darować bzykanie w publicznym kiblu... - stwierdzam niezręcznie.
Po dwóch minutach ciszy wychodzą z kabiny i śmieję się z nich, spoglądając do lustra.
Wracamy z toalety i siadamy przy stoliku. Dopiero po kilku minutach zauważamy jedną rzecz.
- Ej... Wie ktoś gdzie są nasze rzeczy? - pyta Ella, wyraźnie zaskoczona.
Po zapłaceniu za kawy, pospiesznie ruszamy do drzwi.

Hello! (piękna piosenka Adele, btw) Witam ponownie ja, bezimienny! :D W tym rozdziale wielka radość, sukces, i poranne popijanie pysznej kawy ze Starbucks (bardzo gorąco polecam). Rozdział uzupełniający, w przyszłym dużo więcej akcji. Mam nadzieję, że mimo wszystko miło się czytało, mi na pewno fajnie się pisało! Do zobaczenia w kolejnym rozdziale, miłego wieczoru!

7.

   Zamarliśmy... W ostatniej chwili złapałem za ramię Jareda, który chciał uciekać.
- Zwariałeś?! Nie narzekałbym na odrobinę rozumu dla twojej pustej czaszki! - w moim szepcie jest żądza mordu - Stój tu i najlepiej nic nie mów.
- Chcesz stać i czekać aż nas złapią? Gratuluję! - nie wiem po kim on jest taki tępy, może rodzice znaleźli go na śmietniku albo adoptowali (???).
- Patrz. Może to ci wyjdzie lepiej niż myślenie.
   Dokładnie w tym momencie podbiega do nas trzech strażników, którzy patrzą nieufnym wzrokiem.
- Co się tu dzieje, panowie? Wy jesteście dzisiaj na obchodzie? Ktoś próbował uciec?
   Na mundurze tego strażnika zawczan naszywkę 'wyższy naczelny'. To może nam uratować życie. -Nie, panie naczelniku. Wszystko jest w pożądku. To moja wina, przyznaję.
- Dobrze, odmeldować się!
   Niczym rasowy strażnik odmeldowałem się z przejęciem stukając 'obcasami'. Dopiero w tej chwili zorientowałem się, że na nogach mam zgrabne New Balance. Jared był w lepszej sytuacji, bo prezentował połyskujące glany, jak przystało na urodzonego buntownika. Na szczęście strażnicy oddalili się bez zbędnej kontemplacji naszego obuwia. Dałem kumplowi znak, żeby szedł za mną. Chwilę przechadzaliśmy się po korytarzu, udając, że wykonujemy nocną zmianę. Jednak minutę później znów staliśmy przy drzwiach do celi Eleny i oddawaliśmy się bardzo relaksującemu szukaniu klucza nr. 47. Zajęło nam to dobre 5min, bo kluczy w ciul.
   Wreszcie znalazł się, a my, napaleni jak ksiądz na nowego ministranta, rzuciliśmy się otwierać masywne drzwi. Ręce trzęsły mi się tak, że ledwo trafiłem do otworu. Poszło! Klucz z przyjemnym zgrzytem przekręcił się w zamku. Weszliśmy do celi, która na pierwszy rzut oka wydawała się pusta. Ale nie była. W rogu siedziała dziewczyna, która na nasz widok zerwała się.


- Jared! - wykrzyknęła szeptem i podbiegła do niego.

   Padli sobie w ramiona i przyssali się do siebie jak dwa glonojady. Nie jestem fanem publicznego ślinienia się, ale wybaczyłem im że względu na sytuację.

   Razem stanowili dziwną parę. Jared był wysoki i przypakowany, miał na sobie mundur i glany. Trochę przypominał skina, chociaż na stówę nim nie był. Elena była drobną dziewczyną, o półdługich tycjanowskich włosach i szerokim uśmiechu. Najbardziej zachwycały jej oczy, mimo że w półmroku nie można było określić ich koloru. Nie miała wyglądu typowej dziwki, ale nie była szara myszką. Wreszcie odkleili się od siebie i przyszedł czas na zapoznanie się.  
- Hej, jestem Ethan, best friend tego tutaj. Ty jesteś Elena, prawda?
- Ella - dziewczyna na chwile posmutniała, ale szybko się opanowała. - miło cię poznać, chociaż warunki nie są cudowne. Dobra, nie czas na pogawędki. Chyba przyszliście mnie stąd wyciągnąć? Plan jest taki: pod łóżkiem jest kratka, która prowadzi do muru przy barakach. Myślałam, że będziecie musieli użyć siły, ale klucze wystarczą. Przejdziecie tam bez problemu. No, nie patrząc na twoje buty, Ethan. W każdym razie podejdziecie do kratki przy baraku nr.3 i otworzycie ją kluczem z żółtym kółkiem. Tamtą cześć nie jest pilnowana więc nie złapią was. Przejście z celi do kratki zajmuje około 10-15min i w tym czasie wy też spokojnie się tam dostaniecie. Mam nadzieję, że linę macie niedaleko miejsca, o którym mówię.
- Dokładnie przy barakach.
- Czyli wszystko idzie dobrze. Nic nie może się nie udać.
---
I miała rację. Stoimy po drugiej stronie muru. Jesteśmy poranieni, zmęczeni i brudni. Każdy myśli... Udało nam się! Żyjemy, nie złapali nas, a na pryczy w celi 47 zostawiliśmy dowody na winę Isaac'a. Może to wystarczy. Nasze spojrzenia spotykają się i odruchowo padamy sobie w ramiona. Stoimy w uścisku dłuższą chwile. Bierzemy nasze rzeczy i wsiadamy do Range Rover'a. Nie słyszymy przerażającego krzyku z okolic celi 47.
-WIĘZIEŃ NA WOLNOŚCI!!!

Cześć!
Niedziela, a my już od rana myślimy tylko o opowiadaniu. Ja siedziałam do 1 w nocy i pisałam. W efekcie powstał rozdział 7. Udaje się wydostać z więzienia, ale, jak już mój współautor powiedział, przeszkód nigdy za dużo :P Mam nadzieję, że się spodoba. Już czekam na to, co będzie w następnym rozdziale! Miłej niedzieli :*

14 listopada 2015

6.

- Co obserwujesz? - pyta głośno Jared, a ja podskakuję w miejscu, czując przypływ adrenaliny.
- Pojebało Cię?! Chcesz żebym spadł i się zabił?! - odpowiadam głośniej, niż się spodziewałem - Wystraszyłeś mnie, dupku - stwierdzam, już nieco ciszej, uspokajając się.
Obserwujemy plac przez dłuższą chwilę, i po kilku minutach dochodzimy do jednego wniosku.
- Nie mamy szans - oznajmiamy w tym samym czasie, przerażeni naszą sytuacją. Przed nami znajduje się ogromny, składający się z kilku członów budynek (jako Sherlock Holmes dochodzę do wniosku, że tam są cele więzienne), boisko sportowe i kilka pojedynczych budynków (pewnie też z celami). Zaczyna padać, co wcale nie pomaga, ale sprawia, że przyspieszamy i w momencie jesteśmy po drugiej stronie muru. Obdrapani i poranieni drutem kolczastym obmyślamy dalszy plan działania.

- Dobra, co teraz? - chcę się dowiedzieć, mając nadzieję, że Jared coś wymyślił.
- Nie wiem, myślałem, że Ty wiesz - mówi, ślepo wgapiając się w boisko sportowe przed nami.
Spałbym sobie teraz smacznie, gdyby nie ten piździelec... - przeklinam w myślach Jared'a.
- Ej, Ethan? - przerywa ciszę łamiącym się głosem - dlaczego w naszą stronę idzie opancerzony strażnik?
Panikujemy i próbuje schować się za kartonowymi pudełkami. Nagle, nasz wzrok przykuwają dwa mundury znajdujące się w środku kartonów.
- Szybko, ubieraj! - syczy Jared.
Pozbywamy się naszych ubrań, i szybko ubieramy pundury, wypełniając pustkę w kartonach naszymi ubraniami. Gdy strażnik do nas dociera wyłaniamy się, zmyślając pogawędkę o pogodzie. Gdy strażnik mija nas bez słowa, przybijamy po cichu piątkę i uśmiechamy się na myśl o naszym genialnym pomyśle. Powolnym krokiem docieramy do głównych drzwi budynku nr 1 (tak nazwałem ten największy). Ku mojemu zdziwieniu, masywne drzwi były zamknięte. Spojrzałem na Jared'a bezradnie, który zadzwonił mi przed oczami chyba 50-cioma kluczami.
- Patrz co mam! - oznajmia Jared z błyskiem w oczach.
- Jak Ty to... Kiedy?! - próbuję wypowiedzieć zdanie bez jąkania się.
- Ten kretyn miał przyczepione kółko z kluczami do tylnej kieszeni. Jak szliśmy, to zwinnym ruchem mu je odczepiłem i wziąłem. Ma się ten pomyślunek... - stwierdza dumnie mój kolega.
- No teraz to nawet mnie zaskoczyłeś... - mówię, nadal zastanawiając się, jakim cudem ten głupek nie został złapany na kradzieży wszystkich kluczy.

W tym czasie, jak ja o tym myślałem, on zdążył już znaleźć odpowiedni klucz i jednym przekręceniem otwiera drzwi. W środku jest bardzo biednie. Gołe, białe ściany, dawno nie myta podłoga i drzwi prowadzące do osobnych pomieszczeń. My, zafascynowani windą udajemy się do niej i przyciskamy guzik na ścianie, modląc się, by się otworzyła. Ku naszemu zdziwieniu, drzwi od razu się chowają, ukazując malutką przestrzeń z lustrem na tylnej ścianie.
Wyglądamy... dobrze - myślę sobie, spoglądając na dwóch wysokich 'strażników' odzianych w szaro-piaskowe mundury. Jednak pot spływa nam z czoła i twarze mamy czerwone ze zdenerwowania. Po wejściu do windy, przyciskamy guzik "1", który jak mieliśmy nadzieję prowadzi na pierwsze piętro. Gdy otwierają się drzwi, dokładnie studiujemy położenie wszystkich celi na danym piętrze.
- W której celi jest ta Twoja Julia, Romeo? - pytam Jared'a, śmiejąc się lekko.
- Cela 47 - odpowiada na moje pytanie bez jakichkolwiek emocji.
- Co się dzieje?
- Nic... Po prostu nie wierzę, że my to robimy. Jesteśmy skończonymi bezmózgami, jeśli myślimy, że to się nam uda. Cokolwiek "to" jest. Nikt się nie nabierze na żart o dwóch strażnikach, nie wiadomo skąd i jak się tu pojawiających.
- Nie panikuj, Jared, uda się nam. Jak tamten się nie kapnął, musimy mieć nadzieję, że tutaj też nikt się nie kapnie. Jak na razie nie widzę żadnych strażników, więc możemy ruszać śmiało do Twojej ukochanej - mówię z pewnością siebie w głosie.
Ruszyliśmy naprzód, ogarniając numery celi, obok których przechodziliśmy. Cela nr 12... cela nr 23... cela nr 38... aż do Celi nr 47, gdzie siedziała wybranka mojego wspólnika. Stoimy przed drzwiami i wgapiamy się w myszaty kolor.
Gdy już mieliśmy wejść do środka, włącza się alarm.

Dobry wieczór. :3 Rozdział 6, czyli rozdział, w którym prawie wszystko staje się jasne. Niby już docierają do celu, ale jednak przeszkód nigdy dość. W następnym rozdziale dużo akcji, bo (oops), niestety chłopcy włączyli alarm. Rozdział jak na razie najdłuższy, ale w przyszłości będą jeszcze dłuższe, więc nie traktuje tego jak jakieś wielkie osiągnięcie. Mam nadzieje, że w miarę ciekawy rozdział, miałem duże trudności z napisaniem go, bo nigdy w życiu nie byłem w takim więzieniu i ciężko mi było je opisać. Piszcie, czy mi się udało sprawnie to opisać. Do zobaczenia!

5.

Ruszyliśmy w stronę więzienia? Skąd! Dalej stoimy chichocząc nerwowo i wrzeszcząc na siebie szeptem, że w takiej ważnej sprawie potrafimy się śmiać. Dziwne, że nikt jeszcze nie zwrócił uwagi na dwóch osiemnastolatków, którzy od 15 minut stoją pod murem i zachowują się jakby przyjechali z psychiatryka na wycieczkę krajoznawczą.
  Pierwszy ogarnął się Jared. Próbuje rozwiązać supły na linie, bo nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał (profesjonalizmu ciąg dalszy).

  - Przydałaby się trzecia osoba. Byłoby łatwiej - mruczę niezadowolony, bo teraz nasz 'plan' zaczyna wyglądać jeszcze bardziej bezsensownie.
  - Zawsze możesz skoczyć do auta i przyprowadzić Jennifer - mówi bezlitośnie Jared i posyła mi buziaczka - przynajmniej będziesz miał z kim porozmawiać.
  - Zamkniesz wreszcie japę? Zawsze możesz odbijać swoją damę serca sam. Ja chcę tylko poczuć trochę emocji. 
  -Wiesz, stary? Dobrze, że cię mam. Umiesz człowieka dowartościować. Gdyby nie twoje nawijanie, moje życie byłoby nudne.
  -Może skończysz te pretensje? Poszczekasz sobie w domu, mordo.

  Jest prawie 1 w nocy, a my ciągle stoimy w tym samym miejscu. Kiedy lina jest rozplątana nie mamy już żadnej wymówki. Patrzymy na siebie zgodnie i tym razem na serio podchodzimy do muru.
  Nasz 'perfekcyjny' plan polega na wspięciu się po linie na mur, pokonaniu drutów kolczastych i unikaniu strażników. Banalne, nie? Bardziej idiotycznego planu na dostanie się do więzienia nie widziałem. Niewiele wiemy, tylko tyle, że ta Elena jest w celi na parterze (co bardzo ułatwia nam zadanie), i że ma jakiś sposób na wydostanie się, ale nic poza tym. Naszym zadaniem jest po prostu dostać się do jej celi. A to w całej ucieczce jest najtrudniejsze, bo żaden z nas nie wie jak wygląda takie więzienie. Nie znamy rozmieszczenia kamer, budek strażniczych. Nie wiemy jakie mają alarmy. Wszystko planowane na poczekaniu, bez zbędnego przemyślenia sprawy. To zwiększa nasze szanse na wylądowanie za kratkami.
Próbuje sobie wyobrazić co będzie jak nas złapią. Czarne myśli zasnuwają mi umysł i już chcę się wycofać, ale gdy tylko patrzę w zrozpaczone oczy Jareda, wiem, że nie możemy się teraz poddać. Z furią rzucam liną, tak, że przewiesza się przez gruby metalowy pręt.

  - Pójdę pierwszy! Uda się nam, rozumiesz?!

  Ze strachem wspinam się po linie, cały czas rozglądając się czy ktoś nie gdzie. Po chwili jestem na szczycie 10-metrowego ogrodzenia. Czekając na Jared'a robię 'rozeznanie w terenie', które polega na tępym przyglądaniu się pustemu placu. Na budce strażniczej siedzi dwóch strażników i śpi. To daje nam przewagę. Jeszcze trzeba przedostać się przez drut kolczasty i pójdzie z górki!

Witam! Znowu ja!
Mój kochany friend myślał, że odda mi gorszy rozdział, ale się nie dałam. Nie mam dzisiaj weny niestety, więc ta część jest średnia, ale postaram się zmobilizować. Jak na razie zostawiam wam to. Do zobaczenia!! <3
Specjalne pozdrowienia od autorów dla Anki-naszej pierwszej czytelniczki :* :D