Witam! Wow, pierwszy raz od wieków mam przyjemność się z Wami przywitać. :D Kilka miesięcy minęło od ostatniego rozdziału... Tłumaczyć się nie będziemy, brak czasu po prostu daje w kość! Cieszymy się, że wracamy na stare śmiecie, mamy nadzieję, że nie tylko my! Łapcie 20 rozdział, miłego czytania i dobrej nocy.
Przez całą drogę do szpitala trzymałem Ellę za rękę, mocno ją ściskając. Nie mogę znieść myśli, że Jared przeze mnie miał wypadek.
- To nie Twoja wina... - zaczęła Ella, wyraźnie czytając mi w myślach. - To się mogło przydarzyć każdemu. Powiedziałeś mu prawdę, którą powinniśmy mu wyznać już dawno... Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze.
Jak mogłem się nie przejmować?! Mój najlepszy przyjaciel miał wypadek, i nawet nie wiem, co się z nim teraz dzieje. Z frustracją spowodowaną jej słowami, cofam niesfornie rękę, dostrzegając na niej pot. Ella wzdycha cicho, chowając twarz w dłoniach. Spoglądam w okno. Puste ulice. Brudne, niezamiecione chodniki i stare, ledwo świecące lampy. Kiedyś miasto moich marzeń. Dzisiaj miasto, w którym przytrafiają się same nieszczęścia. W momencie czuję chęć wydostania się stąd.
- Ella? - Odwracam głowę tak, że patrzymy sobie w oczy. - Uciekniemy kiedyś stąd?
- Nawet na koniec świata... ale najpierw muszę załatwić kilka spraw.
Nasza konwersacja się urywa, gdyż przed nami pojawia się duży budynek z napisem "Szpital miejski". Kto by pomyślał. Pospiesznie wychodzimy z auta, nie przejmując się niewydaną resztą i w momencie docieramy do głównych drzwi. Jak na szpital to jest tu całkiem luksusowo. Czyste marmurowe podłogi, bogato zdobiona poczekalnia. Z tego co widzę to sprzątaczki na zarobki nie narzekają. Gdy odnajduję rejestrację, język nieoczekiwanie zaczyna mi się plątać.
- Dzie-eńdobrryszukampanajaredadawsona - moje słowa zlepiły się w jeden wyraz. Patrząc na wzniesione ku górze brwi pani w okienku, domyślam się, że nie zrozumiała nic a nic. Powtarzam nieco wolniej, lecz mój słynny brak cierpliwości jest zauważalny z kilometra.
- Pan jest rodziną? - Pyta z powątpiewaniem.
- Tak... Tak, jestem jego kuzynem. Przyjechałem z siostrą. - Stwierdzam, na chwilę udając opanowanego. Co jak co, ale aktor to ze mnie zajebisty.
- Jared Dawson... Już szukam... Kurczę... O! Pokój 113, trzecie piętro. Jest w ciężkim stanie, radzę nie wchodzić do pokoju. - Nas już tam nie było.
W pośpiechu wskakujemy do windy, przy okazji wpadając w nadzianą sprzątaczkę. Teraz mnie to zgrzewa, chcę się tylko dostać do pokoju 113. Ella spogląda na mnie, wsłuchując się w niezręczną muzyczkę w windzie. Czemu ona tak wolno jedzie?!
Trzecie piętro wygląda jeszcze lepiej od rejestracji, co jest zaskakujące. Nawet nie śmierdzi emerytami i ich pieluchami. Po kolei odliczamy numery pokoi dopóki nie znajdujemy tego, który najbardziej nas interesuje. Przed nim grupka lekarzy urządziła sobie spotkanie towarzyskie.
- Co się dzieje z Jaredem? - Pytam ich z rozbieganym wzrokiem. Spoglądają na mnie, jakby co najmniej ujrzeli Jezusa. - Coś nie tak? Mam coś na twarzy?
- Państwo są...
-...rodziną Jareda. - Dokończyła za mnie Ella.
Spoglądnąłem na nią z wdzięcznością. Doktorek nr 1 również wymienił spojrzenia z Doktorkiem nr 2 i Doktorkiem nr 3. W końcu wpuszczają mnie do środka, zatrzymując Ellę na zewnątrz. Jared wygląda fatalnie. Nie widzę jego prawdziwej twarzy przez rany i krwiaki rozmieszczone po całym jego ciele. Czuję, jak puls mi przyspiesza, a przed oczami pojawiają się mroczki.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pytam Doktorka.
- Panie Roche... - Zaczyna. - Obawiam się, że szanse na przeżycie są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona. On może po prostu nigdy się nie obudzić. Przykro mi.
Wycofuję się powoli, nie chcąc nikomu zrobić krzywdy. Głowa mi pulsuje, a wściekłość się nasila. W tym momencie mam ochotę skoczyć z dachu, z którego zazwyczaj podziwiam widoki. Tyle razem przeszliśmy i teraz okazuje się, że jego szanse na przeżycie są nikłe? Że też akurat on musiał mieć ten wypadek, a nie ja. Wychodzę z sali, znajdując zapłakaną Ellę po drugiej stronie korytarza. Otwieram usta, lecz ona mi przerywa...
- Ja wiem już wszystko... Ethan, co jak on się nigdy nie obudzi? Ja nie będę miała odwagi wygłaszać mowy na jego pogrzebie. Nie mam na to siły, rozumiesz?
- Nikt nie będzie wygłaszał żadnej mowy, obiecuję. Obudzi się i będzie wszystko jak dawniej, zobaczysz.
W tym momencie ujrzałem jej oczy, zaczerwienione i przekrwione. Odruchowo wziąłem ją w ramiona, a ona położyła mi głowę na piersi, cicho szlochając.
- Obiecujesz? - Pyta łamiącym głosem.
- Obiecuję. - Całuję ją w czoło i przyciągam bliżej.
Postanowiliśmy zostać w szpitalu do wieczora, czekając na cud.
- Państwo Roche... Halo! Proszę się obudzić. - Słyszę przeraźliwe wrzaski Doktorka nr 2 i od razu wstaję na równe nogi, zrzucając z siebie Ellę w pośpiechu.
- Ethan, co do cholery! - Spogląda na mnie, jak niedźwiedź na swoją ofiarę. Totalnie ją ignoruję, słuchając teraz tylko Doktorka.
- Pan Dawson... Jego palec się poruszył. Nie wiem czy to czysty przypadek czy może jego organizm się budzi, ale pomyślałem, że może Państwa to zainteresować. Tak w ogóle, to jest 9 rano. Radziłbym Wam iść do domu i wrócić za kilka godzin, bo na razie tylko to przykuło moją uwagę.
Ella i ja ruszamy dzikim pędem w stronę pokoju 113, myśląc, że może jego stan się poprawia, ale Jared jak leżał, tak leży dalej. Siadamy obok niego na łóżku, patrząc tępym wzrokiem na jego okrągła twarz. Bladą, niewzruszoną twarz. W pewnym momencie dałbym głowę, że jego lewa powieka lekko drgnęła. Może mam zwidy od niewyspania.
- Ethan, pojedźmy do Ciebie odpocząć. Oboje jesteśmy niewyspani, a on na razie nie zamierza się budzić. Dajmy mu czas. - Stwierdza moja towarzyszka. - Słyszysz? - Dopowiada, nie doczekawszy się odzewu z mojej strony.
- Spoko. Jedźmy. - Odpowiadam, wpychając włosy pod czapkę beanie. - Przyjedziemy jutro.
Ruszamy, zostawiając Jareda samego z bandą dających nadzieje 'cudotwórców', potocznie zwanych lekarzami.