18 grudnia 2015

17.

Hejka!
Wreszcie znalazłam czas, żeby coś dodać. Baaaardzo długa przerwa, bo szkoła, nauka, konkursy, egzaminy, ale nie zapominamy o blogu. Poza tym staramy się pisać trochę dłuższe i bardziej dopracowane rozdziały. :P W tym rozdziale znowu przeżycia Elli. Zapraszam i miłego weekendu!! <3
                                                                            ---
  Znowu... Ten sam scenariusz co cztery miesiące temu. Jazda radiowozem przez ulice Londynu, znowu strach, znowu łzy. Patrzę w okno i obserwuję zmieniające się światła wielkiego miasta, które po chwili zlewają się w jedno i nic już nie widzę. Odliczam ostatnie minuty wolności, które mi pozostały. Ile razy jeszcze będę przechodziła przez to piekło? Czemu ktoś nie pomoże mi i nie zrobi czegoś, czegokolwiek, żeby cierpiał winny? Gdzie, do cholery, jest Ethan? Gdzie Jared? Mają gdzieś to, co się ze mną dzieje! O nie, komenda... Teraz się zacznie!
 Powoli, skutą w kajdanki, prowadzą mnie do budynku, w którym podjęta zostanie decyzja. Już nie będzie sądów, kuratorów, obrońców... Będzie wyrok i Prison Belmarsh. Gdy wchodzimy do środka pierwsze co widzę to komendant główny, który siedzi przy biurku i patrzy nieprzeniknionym spojrzeniem w moje oczy. Rozpoznaję go od razu: wysoki barczysty mężczyzna, z lekkim zarostem i włosami na jeża. Jacob Moran...
 -Ella Henderson! Gdzie pani uciekła? Nie było miło w więzieniu? - pyta głosem, z którego kapie ironia.
 -Ani trochę! - cedzę przez zaciśnięte zęby - Nie będę siedzieć za winy innych, zrozumiesz to w końcu?! Jakbyście ruszyli się i coś zrobili w tej sprawie, może znalazły by się dowody! Ale siedzenie i popijanie kawki jeszcze nie rozwiązało żadnego śledztwa.
 -Widzę, ze więzienie nie stępiło ci języka, Henderson. Po co ci było uciekać? Nic miłego z tego nie wyjdzie. A co do Isaac'a Sullivana to już go przesłuchiwaliśmy kilka razy i nic to nie udowodniło. Masz jakieś dowody? - jego kpina i wrodzone okrucieństwo dźwięczy mi w uszach, przez co łzy po raz kolejny napływają do oczu. Jednak z tym tyranem w mundurze się nie dyskutuje, tylko czeka na wyrok. Nie można też pokazywać słabości, więc powstrzymuję płacz i nadal patrzę mu twardo w oczy.
 -Miałam, ale nie obeszło was to. Dzwoń do ochrony Prison i spytaj się co znaleźli w celi 47.
 -Uuuuuu... Nasz Sherlock coś znalazł. Proszę bardzo! Już dzwonię. - podnosi telefon i wybiera numer. Chwilę mówi coś przyciszonym głosem, ale na twarzy widać malujący się szacunek i... coś, jakby strach. Nagle wychodzi z pokoju zdenerwowany jak nigdy. Rozglądam się po uporządkowanym biurku. Leżą na nim dwie kartoteki: 'Ella Henderson', 'Isaac Sullivan'. Obydwie są tak odłożone, że mogę przeczytać co jest napisane. U Isaac'a widać duże 'GŁÓWNY PODEJRZANY'. W mojej, okrągłym pismem, widnieje wyraźne 'DO WYJAŚNIENIA'. Fala radości zaczyna mnie powoli zalewać i nie mogę powstrzymać śmiechu.
 Po 5 minutach wraca Moran. Jest wściekły, ale też zmieszany.
 -I co? - zagaduję znudzonym głosem.
 -Nie masz prawa mieszać się w sprawy śledztwa! - wrzeszczy i widać, ze czuje się winny. Jestem już prawie spokojna, ale nie mam pojęcia co się stanie dalej.
 Po półgodzinie bezczynnego siedzenia i milczenia, na komendę wpada dyrektor więzienia. Za nim dwaj policjanci wprowadzają Isaac'a. Jest poddenerwowany, a jego pewność siebie wyparowała. Oczy ma rozbiegane i chyba nie orientuje się w sytuacji. Nasze spojrzenia się spotykają i dopiero wtedy staje się znowu bezwzględny, a wściekłość rozlewa mu się po twarzy. Siada na krześle obok i gdyby nie kajdanki, które uniemożliwiają ruchy, chętnie rzuciłby się na mnie.
 -Sullivan, jak to się stało, że Henderson trafiła do więzienia za ciebie? - irytacja Morana rośnie z każdym słowem.
 -Nie było trudno wam to wcisnąć. Rzuciliście się na jedną słabą wskazówkę i od razu wydaliście wyrok. Idioci, którzy nie wysilą się, żeby winny był ukarany. Wsadzacie, kogo wam przyprowadzą. - twarz Isaac'a znowu wyraża obojętność.
 -NIE MÓWI SIĘ TAK DO FUNKCJONARIUSZA! - Moran, cały czerwony ze złości, łapie chłopaka za ramię i potrząsa nim energicznie. - Wyprowadźcie go! - wyczerpany opada na fotel, ale szybko wraca do siebie i wlepia we mnie wzrok. Milczymy, ale nie przestajemy siłować się na spojrzenia.
 -Będziesz się tak na mnie gapił, Moran, czy powiesz co teraz?
 -Podpisz tutaj i jesteś... wolna. - chyba rzadko wypowiada to słowo.
 Ze zdenerwowania ręce trzęsą mi się jak nigdy, ale udaje mi się złożyć w miarę czytelny podpis. Jeszcze czekam na zdjęcie kajdanków i jestem wolna.
 -Rozprawa będzie 18. Żegnam!
 -Bye, Moran! - rzucam i już mnie nie ma. Wychodzę i pierwszy raz od pół roku czuję, że naprawdę żyję i nie mam nic, czego mogłabym się bać. Wreszcie mogę odetchnąć swobodnie, przestać martwić się tym co będzie i czy w ogóle będzie. W mojej głowie wiruje jedna myśl. JESTEM WOLNA!!!
 W tej chwili pod posterunek podjeżdża Range Rover Ethan'a. Jednak ze środka wychodzi czerwony ze złości Jared.

2 grudnia 2015

16.

Elo elo siemandero! Uszczypnijcie mnie, bo nie wierzę, że to już 16 rozdział! Tyle się zmieniło od pierwszego rozdziału, że szok... I bardzo gorąco dziękuję za ponad 1000 wyświetleń, nie minęły jeszcze 3 tygodnie, a 1526 (obecna liczba wyświetleń) to naprawdę dużo jak na takich dwóch półgłówków. xD W tym rozdziale jedna poważna rozmowa. Proszę o wyrozumiałość... brak weny nie pozwala na pisanie długich rozdziałów. :(
 Pozdrawiam i zapraszam do czytania!

W smutnej ciszy ogarniającej mój samochód podjeżdżamy pod dom Elli, aby poinformować jej brata o tym, co miało miejsce kilka godzin temu. Slalomem docieramy do drzwi i zatrzymujemy się tuż przy wejściu. Wzdycham, świdrując wzrokiem Jared'a, wciąż nie zdając sobie sprawy z tego, że Elli nie ma z nami.
- Jared?
Wsłuchuję się w powolne oddychanie mojego kolegi i oczekuję skinienia głowy. Mimo to, kontynuuję.
- Wiesz... Może pojedziemy do mnie? Mamy nie ma w domu, a musimy pogadać. Coś mi nie daje spokoju i chyba powinieneś wiedzieć... - czerwienię się, widząc jak Jared marszczy czoło.
- O co chodzi, Ethan? - pyta stanowczo.
- To długa historia i na pewno nie powinieneś jej usłyszeć przed domem Elli - mówię bez przekonania.
Jared kieruje się z powrotem do samochodu, a ja biegnę za nim, próbując go dogonić.
- Dobra, jedźmy. I tak nie mam ochoty na ploteczki przy kawuni z rozpuszczonym braciszkiem Elli. - prostuje Jared i śmieję się niezręcznie. Modlę się o to, żebym przeżył po tej rozmowie.
Niczym Struś Pędziwiatr zmierza do mojego domu, ja zaraz za Jared'em. Po upływie 10 minut parzę herbatę i usadawiam się wygodnie na fotelu na przeciwko niego. Nie wiem od czego zacząć i nerwowo zaczynam miętolić moją koszulę, jak zawsze, gdy się denerwuję.
- No to... o czym chciałeś porozmawiać? - zaczyna Jared, przerywając niezręczną ciszę.
- O Elli - informuję go, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy. Po chwili spoglądam na niego, widząc zmarszczone czoło - chodzi o to, że nie byłem do końca szczery, jeśli chodzi o moją relację z Ellą... Ostatnio nie spałem w nocy i rozmyślałem o tym, co jeszcze przed paroma nocami miało miejsce...
- Ethan, do rzeczy! - pogania mnie.
- Ugh... No bo... Nie wiem... całowałem się z Ellą! - w momencie przykrywam dłońmi swoją buzię, a oczy rozszerzają mi się ze zdziwienia. Nie wierzę, że to powiedziałem! - przeklinam się w duchu. Oglądam reakcję Jared'a. Siedzi w bezruchu, gapiąc się na punkt znajdujący się na stoliku kawowym. Po chwili wstaje i po prostu wychodzi.

Wybiegam za nim, próbując go dogonić, ale po Jaredzie ani śladu. Zostaje tylko kurz i puste miejsce na podjeździe. CHWILECZKĘ! Jeżeli na podjeździe jest puste miejsce to... A ten ciul! Wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię po taksówkę.
- Witamy! Niestety w chwili obecnej wszystkie taksówki są zajęte. Prosimy zadzwonić później.
- A jeb się, pójdę na piechotę.
- Przepraszam bardz... - urywam sygnał i śmieję się ze swojej głupoty. Postanawiam jednak wrócić do domu i włączam telewizję, zasiadając po raz drugi na fotelu. Akurat leci mecz mojego ulubionego klubu. Fantastycznie.

30 listopada 2015

15.

Hejka! To znowu ja, Marta! Maks ledwo przeżył za zdradzenie naszych imion, ale mu się udało :P Przepraszamy za tydzień nieobecności, ale było naprawdę dużo roboty i mało czasu. Mam nadzieję, że to zrozumiecie. Rozdział przeciętny, ale okoliczności pisania były trochę niesprzyjające. Więc wybaczcie. Przy tej okazji chcieliśmy bardzo podziękować za ponad 1200 wyświetleń! Dla nas to naprawdę dużo i nie spodziewaliśmy się aż tylu w tak krótkim czasie. DZIĘKUJEMY!!! ♥
A teraz zapraszam do czytania! :D

Tydzień później umawiany się w trójkę w kręgielni na drugim końcu Londynu. Jest to pierwsze wyjście Elli od czasu naszej wielkiej ucieczki. Trema nas zżera, mimo że zrobiliśmy wszystko, by nikt jej nie rozpoznał. Ma ubrane luźne jeansy i bluzę kangurkę, chociaż nigdy tak nie chodzi, włosy spięła w kok i założyła duże zerówki. Nie przypomina siebie, ale nadal jest piękna. Przez cały tydzień, gdy jej nie widziałem, jej obraz był ciągle przy mnie i nie mogłem się go pozbyć. Cały czas wracał, chociaż nie chciałem i nie powinienem był o niej myśleć. Umysł jednak odmawiał posłuszeństwa i wciąż powtarzał nie kończące się 'Ella, Ella, Ella...'. Marzenie, by znów ją zobaczyć, dotknąć i usłyszeć jej głos było nieprzerwane. Teraz, gdy stoi przede mną, taka piękna i taka rzeczywista, mam ochotę olać Jareda i mieć ją tylko dla siebie. 'Człowiek zakochany jest zawsze w pewnym sensie idiotą'. Tylko czy można tu mówić o jakiejkolwiek miłości?

Wychodzimy z wielkiego domu Elli i kierujemy się do niezastąpionego Range Rover'a. Jest dość wcześnie (koło 17), ale zaczyna się robić chłodno. Chmury przemykają po niebie i zaczynają upuszczać drobne krople deszczu. Biegniemy do auta, żeby nie zamoknąć, a ja w duchu przeklinam klimat Londynu. Siadam za kierownicą i ruszamy. Rozdrażnienie, nie wiadomo czym spowodowane, ogarnia mnie bez reszty. Jadąc na sekundę patrzę w lusterko i kontempluję idealną twarz Elli, przez co prawie wjeżdżam w zaparkowane przy drodze auto. Z bijącym sercem słucham wrzasków Jareda.
  - Mógłbyś trochę uważać? Odwala ci ostatnio! Zakochałeś się czy co?! - Jar nawet nie wie ile w tym jest prawdy. To zdarzenie jednak przynosi mi dziwne uczucie. Nie jest to adrenalina, ale dzięki niemu widzę, jak dawno jej nie czułem. Tej jedynej, tej prawdziwej, gdy wisisz na granicy, ale jej nie przekraczasz. Ta, która kiedyś mnie motywowała. Przez ostatnie dwa tygodnie coś innego trzymało mnie przy życiu...

Po półgodzinie stania w korkach i okazjonalnej jazdy z prędkością 10km/h docieramy do kręgielni 'SuperShot'. Wnętrze jest miłe i ciepłe. Pod ścianą są ustawione duże kanapy, a wszystko jest utrzymane w odcieniach pomarańczy i oranżu. Przyjemny nastrój aż przyciąga do wejścia. W lokalu jest tylko kilka osób i dwie większe grupy, zajęte intensywną grą. Gdy wchodzimy, osoby przy stolikach patrzą na nas, ale dwóch facetów siedzących przy kontuarze wręcz lustrują nas spojrzeniami. 
 Niezmieszani ruszamy w stronę wolnej kanapy, gdzie zostawiamy rzeczy. Szybko przebieramy buty i zaczynamy ostrą rozgrywkę. Od początku wygrywam, co oczywiście nikogo nie dziwi. Prawie w każdej rundzie mam dwa razu więcej punktów.
  - Ethan! Możesz chociaż raz dać mi wygrać? Moja dziewczyna myśli, że jestem ofiarą! - Jared śmieje się i przewraca oczami. Kątem oka dostrzegam, że facet przy kontuarze ożywia się na dźwięk mojego imienia, zaraz wyciąga telefon i wstaje. Coś tu jest nie tak.
Gramy dalej, ale ja nie mogę się skupić. Mój szósty zmysł znowu mówi, że coś się szykuje. Jared i Ella myślą, że daję im wygrać, a ja nie chcę ich martwić. Może powinniśmy stąd wyjść? Nie, to może się źle skończyć. Ale zostać też raczej nie możemy. Nie wiem co zrobić.
  - Ej, grajcie chwilę sami. Muszę odpocząć.
  - No, co ty, Eth? Gramy wszyscy albo wcale. Idziemy z tobą.
  Ledwie odchodzimy od szatni, a w drzwiach pojawia się komendant londyńskiej policji. Przez ułamek sekundy zatrzymuje wzrok na drugim facecie przy ladzie, ale jest to prawie niewidoczne. Następnie dopełza zimnym spojrzeniem do naszej trójki, która dosłownie zamarza z przerażenia. Czuję, że reszta lokalu również przestała oddychać.
  - Ella Henderson? - pyta, wolno podchodząc do nas - pójdzie pani ze mną. Musimy omówić jedną sprawę.
  Ella blednie, zupełnie jak w dzień napadu przez Isaaca. Patrzy na nas błagalnie, ale odwraca się i idzie po swoje rzeczy. Po chwili wraca i staje przed komendantem. Dobrze wie co ją czeka.
  - Chodźmy - mówi głosem, który nie zdradza żadnych emocji. A my stoimy w bezruchu i patrzymy jak oddalają się szybkim krokiem. Co my narobiliśmy...

22 listopada 2015

14.

Hej! Powracam ja, Maks (szok i zaskoczenie, używam swego imienia), po tych dwóch dniach nieobecności. Na szczęście Marta (imię współautorki, szok i zaskoczenie po raz drugi XD) nadrobiła wszystko dosyć długim rozdziałem. Wiem, że pewnie mnie zlinczuje za podanie prawdziwych imion nieznajomym ludziom, ale yolo, będzie łatwiej się porozumiewać. I zdecydowaliśmy, że notka od autora będzie się pojawiać u góry, tak będzie sprawniej i wydajniej. Zapraszam na pełen emocji rozdział, tym razem z punktu widzenia Elli, żebyście mogli się dowiedzieć, co myśli i czuje Ella. Radzę się zaopatrzyć w pop-corn, bo rozdział będzię nieco ognisty.

Z punktu widzenia Elli


Wgapiam swój wzrok w zachodzące słońce, licząc na palcach, ile rzeczy już w swoim życiu spieprzyłam. Niestety, zabrakło palców. I niedługo zamierzam spieprzyć kolejną sprawę - związek z Jared'em... Ja po prostu nic do niego nie czuję. Już nie. Kiedyś był dla mnie podporą, aniołem zesłanym z góry, który utrzymywał mnie przy życiu. Teraz, gdy patrzę na niego, widzę najwyżej brata, albo kuzyna. Troszczy się o mnie niesamowicie, i wspiera mnie całym sobą, ale ja nie potrafię tego docenić. Emocje mnie rozpierają i nie potrafię sobie z nimi poradzić, więc kieruję się w stronę łazienki, w poszukiwaniu leku na stres i depresję. Podnoszę rękawy swetra i ukazuję swoim oczom liczne blizny, każda ciągnąca za sobą jakieś wspomnienie. Muskam kciukiem wiele z nich, przywołując jedno po drugim. Oczy mi się zaciskają, co sprawia, że pojedyncza łza spływa po moim policzku. Z papierka wyjmuję żyletkę i zwinnym ruchem tworzę kolejną rankę na mojej ręce, która szybko się zabliźnia. Są piękne. Te blizny są niczym tatuaże. Każda ma swoje znaczenie, każda ma niewidzialną datę i opis. Po zmyciu krwi z mojej ręki chowam żyletkę w najdalszym końcu półki, tak, aby przypadkiem nikt nie zauważył i opuszczam łazienkę.

Przy barku, w kuchni, siedzą Jared i Ethan, zawzięcie dyskutując na temat wczorajszego meczu. Wywracam oczami i podchodzę do nich, żółwim krokiem.

- Jakie plany na wieczór? - pytam weselej, niż zamierzałam.
- Nie wiem, możemy pograć w... - zaczyna Ethan, ale przerywa mu wyraźnie podekscytowany Jared.
- Zagrajmy w Twistera! - spogląda na nas błagalnym wzrokiem, na co my odpowiadamy wzruszeniem ramion.
Popędził na górę w poszukiwaniu planszy do Twistera, a Ethan i ja pozostajemy w ciszy, tylko nie tej niezręcznej, a bardzo zręcznej. Gapimy się na siebie wielkimi oczami. Jego źrenice wyraźnie się powiększają, a twarz robi się czerwona jak burak. Widać, że mu się podobam, i to bardzo, ale jak sam stwierdził, nie możemy zranić Jared'a, choćby nie wiem co. Problem polega na tym, że dziwnie się czuję w obecności Ethan'a. Czuję, że latam wysoko ponad chmurami, a rzeczywistość przestaje mieć znaczenie. Gdy jesteśmy tylko ja i on, w odległości kilku centymetrów od siebie, tylko Ethan się dla mnie liczy. To niesamowite, lecz bardzo wybuchowe uczucie. Kolejny powód do cięcia się, ekhem. Z moich przemyśleń wybijają mnie pierwsze słowa Ethan'a od kilku minut wpatrywania się na siebie.

- O czym myślisz? - spytał, z uśmieszkiem bandziora na ustach.
- O Tobie - stwierdzam, nie myśląc, co mówię. Nagle dociera do mnie co powiedziałam i oczy mi się wytrzeszczają. Ethan też nie kryje zaskoczenia. Pieprzę to, powiem mu wszystko, i tak nie mam nic do stracenia - Wiesz, jesteś mega dziwny, Ethanie Roche. Pojawiasz się w moim życiu i nagle przewraca się o 360 stopni. Od paru dni myślę tylko i wyłącznie o tobie. O twoich falistych włosach, o twoich idealnie białych i prostych zębach, o twoim sarkastycznym uśmieszku, który marzę, żeby zmieść z Twoich ust pocałunkiem, o Twoich pięknych oczach, o Twoim dywanie na klacie - Tu pojawia się lekki chichot ze strony Ethan'a - Ethanie, nie wiem, co się dzieje, ale przy Tobie tracę świadomość i bardzo bym chciała się z tego wyleczyć, ale nie potrafię. To tyle jeśli chodzi o mnie. Teraz po prostu wiesz, co czuję, ale nie zaprzątaj sobie tym głowy. To nie jest ważne. - uśmiecham się lekko i niezręcznie, co Ethan uznaje za kropkę.
- To jest bardzo ważne, w każdym razie dla mnie. Ja... ja nie mówię tego często, ale coś czuję do Ciebie, co sprawia, że zachowuję się jak idiota. Jak Ty jesteś blisko, to serce zaczyna mi łomotać i robię się niezdarny, i w ogóle, pieprzę głupoty. Nie wiem jak to nazwać, ale jeżeli to jest miłość, to miłość jest zajebistym uczuciem... - czerwieni się, ale mówi dalej - Nie znamy się długo, jednak czuję, jakbyśmy znali się wieczność. I to jest najbardziej niesamowite. Nie ma jakiejkolwiek niezręczności w naszych rozmowach, zawsze dokładnie wiem co powiedzieć, i Ty podobnie - przerywa, czekając na odzew z mojej strony. Ja stoję przed nim jak słup soli i nie wiem co powiedzieć. Zamurowało mnie. Jedyne, co w tej chwili potrafię wymówić, to jakieś nieznane naszemu językowi dźwięki, które Ethan'owi najwyraźniej wydają się zabawne. Po chwili docierają do mnie jego słowa i zbliżam się do niego, tak, że nasze nosy się stykają.
- Długo czekałam na tę chwilę, Roche. - stwierdzam, zamykając oczy oraz napawając się jego cudowną wonią mięty i limonki.
- Chwila, na którą czekałaś jeszcze nie trwa - otwieram oczy i wpatruję się w niego ze zdziwieniem. Wtedy obejmuje mnie w pasie i lekko łączy swoje wargi z moimi. Nawet taki pocałunek od Ethan'a sprawia, że prawie mdleję, więc nawet nie próbuję go pogłębiać. On ma inne plany...

Zmysłowym dotykiem warg przenosi mnie do miejsca, w którym raz już byłam. Znowu te iskierki namiętności, znowu te fajerwerki uczuć, które robią ze mną co chcą. Ethan otula mnie swoim ciepłym oddechem i pieszczotami sprawia, że chcę więcej. Ciągnę go za sobą na kanapę i zwinnym ruchem znajduję się na nim. Moje ręce bezwładnie dryfują pod jego koszulką, a on swoje trzyma pod moimi pośladkami. Ogromnie mnie to podnieca. Nagle mam ochotę zrzucić z niego całe jego ubrania i zacząć eksplorować całe jego ciało rękami. Niestety, wiek Ethan'a nie pozwala mi na to. Nie chcę iść znowu do paki, za przemoc seksualną na nieletnich tym razem.
Uśmiecham się w pocałunku, co Ethan zauważa i przerywa go po chwili.

- Czemu się uśmiechasz? - pyta w mega seksowny sposób.
- Bo ledwo się znamy, a całujemy się, jak niewyżyte seksualnie morsy w okresie godowym - odpowiadam, a on się śmieje.
- Wiesz, że nie możemy? - posmutniał Ethan.
- Wiem, ten matoł zaraz powinien wrócić - wzdycham.
- A tak właściwie... to czemu go tak długo nie ma? - Ethan podniósł się z pozycji leżącej.
- Nagle Cię to tak interesuje? Zakochałeś się czy co? - kuszę.
Mój... kochanek (?) chyba zrozumiał przekaz i objął moją szyję, gorącymi wargami wpijając się w moje. Drżąc z podniecenia pogłębiam pocałunek, nagle czując jak nasze języki łączą się w sposób niesamowicie erotyczny. Nie kontroluję się, z impetem zdzieram z niego czarną koszulkę, co go zaskakuje, ale nie pozwalam mu przerwać spotkania naszych ust. Chwilę po tym obsuwam się, czule muskając jego szyję językiem. Nagle zaciskam swoje usta na jednym z punktów, a Ethan jęczy z rozkoszy. Uśmiecham się figlarnie i powracam do jego warg. Nasze ręce już się nie kontrolują, i odnajdują najróżniejsze części naszych ciał, każdy jeden dotyk przyprawiający nas o drżenia. Na taki pocałunek czekałam. Takiego pocałunku nie mógł mi dać nikt inny oprócz Ethan'a.

Gdy słychać radosne skoki Jared'a w dół schodów, my siedzimy na kanapie, ubrani i śmiejący się z bardzo udanego żartu Ethan'a. Spoglądamy za siebie i wywracamy radośnie oczy, widząc podekscytowanego Jared'a. To co przed chwilą się działo było bardzo niesprawiedliwe i nie powinno się było wydarzyć, lecz było najpiękniejszą chwilą mojego życia. I śmiejemy się i bawimy się całą noc w pozornie nudną i idiotyczną grę, zapominając o 'problemie', lecz decyduję z Ethan'em na osobności, że będziemy musieli z czasem powiedzieć Jared'owi prawdę.

20 listopada 2015

13.

  Zrezygnowany opieram się o umywalkę, na której jeszcze minutę temu siedziała Ella. Spoglądam w lustro, gdzie widzę brudnego i zmęczonego człowieka. Próbuję się uspokoić i wmówić sobie, że to co zrobiłem było właściwe. Przecież przerwałem w odpowiednim momencie, uniknąłem katastrofy. 'Piekło wybrukowane jest dobrym chęciami' -
przypomina mi się powiedzenie matki, ale szybko odrzucam myśl o niej i znowu spoglądam w lustro. Nie potrafię się okłamywać! Nie powinno dojść w ogóle do takiej sytuacji, ale..... Ciągle czuję na wargach jej gorące usta, ciągle czuję delikatność jej ciała, widzę blask jej twarzy... Targają mną dwa różne uczucia: złość, że pozwoliłem jej (i sobie) na TO, i zadowolenie, że tak bardzo rozwścieczyło ją, że przerwałem, pomieszane z pragnieniem wzięcia jej znowu w ramiona.
Widać, nie tylko mnie tak do niej ciągnęło.

  Uśmiecham się zawadiacko do człowieka w lustrze.
Moja przekora daje o sobie znać. Mrugam do siebie porozumiewawczo i zaczynam się przygotowywać do opuszczenia miejsca zbrodni. Szybko obmywam twarz, przeczesuję palcami ciemne włosy i wychodzę pewnym krokiem z łazienki.

To co widzę przerasta moje przypuszczenia. Na łóżku siedzą Ella i Jared i szepczą sobie do uszka słodkości. Nikt nie wpadłby na to, że jeszcze 5 minut temu ładniejsza połowa tej pary chciała się kochać z kimś zupełnie innym.
Fałszywa zdzira - myślę, ale nie mówię nic, bo wiem, że tym próbuję tylko zagłuszyć coraz głośniejsze wyrzuty sumienia. Stoję więc oparty o ciemnobrązową framugę i przyglądam się.

Nieszybko mnie zauważają.
Gdy ich spojrzenia skupiają się na mnie, w oczach Elli widzę złość i ból. Trzeba to jak najszybciej odkręcić.
- Sorry, że przeszkadzam, ale czy mogę zamienić słówko z Ellą? - niechęć bije od nich, ale Jared tylko leniwie kiwa głową.
- Zaraz wrócę, Jar. - ton jej głosu wbija mnie w ziemię i nagle ogarnia mnie ochota, żeby uciec z tego domu, ale zwalczam ją.

Idziemy do najdalszego końca domu. Wolę, żeby Jared nie słyszał naszych krzyków.
- Czego chcesz jeszcze? Masz jeszcze jakieś metody na totalne upokorzenie mnie?  - jej głos jest ostry, aż przechodzą mnie ciarki.
- Ella, to było głupie i nie wiem jak do togo doszło. - bronię się jak mogę
- Nie wiesz?! To ja ci powiem! Zrobiłeś to tylko dlatego, żeby mnie zniszczyć!, upokorzyć!, ośmieszyć! I żeby udowodnić sobie, że jesteś najlepszy i możesz zdobyć dziewczynę swojego kumpla, mimo że znasz ją dopiero 24 godziny! Jesteś jednak na tyle lojalny, że nie przelecisz jej, tylko zostawisz. Zrobiłeś to po to, żeby wyszło, że to ja jestem dziwką, szmatą i cała wina leży po mojej stronie! Jesteś skończonym chamem, Roche!
- Dobrze wiesz, że to jest wina nas obojga. Żadne z nas nie powinno dopuścić do takiej sytuacji. Oboje zrobiliśmy Jaredowi coś strasznego i ja nie czuję się z tym okay. Cieszę się (z jednej strony), że do niczego nie doszło. Jakbyśmy do tego przyznali? - widać wyraźnie, że mięknie i nie wie co powiedzieć.
- Dobra, z tego nie wyniknie nic dobrego, ale po co jeszcze dokładać problemów? To zostaje między nami i zapominamy o tym?
- Jak to nic dobrego? Teraz przynajmniej wiesz kogo szukać jak zerwiecie - nie mogę się powstrzymać, żeby to powiedzieć.
- Ethan, spokój! - próbuje udawać, że dalej jest zła, ale widzę, że ledwo powstrzymuje uśmiech. Ma uroczę dołeczki w policzkach, a w oczach igrają tajemnicze iskierki.
- Czyli wstępnie o tym zapominamy?
- Wstępnie!
- Przepraszam! Jesteś piękna! To wszystko dlatego - podaję jej rękę na zgodę, ale ona to olewa i delikatnie całuje mnie w policzek. Razem wracamy do pokoju.

Hejka!
Kolejny uzupełniający rozdział, tym razem w moim wykonaniu. Wyszedł dość dobrze, ponieważ mój ukochany współautor pojechał do kuzynów i nie zaglądał mi przez ramię ani nie przyspieszał. <3 Więc zostawiam was z tym i czekam aż książę wróci i coś skrobnie.
Miłego weekendu!!! :***

19 listopada 2015

12.


W tej chwili nie wytrzymuję. Podbiegam do niej i biorę ją w objęcia. Ku mojemu zdziwieniu, Ella wtula się w moją szyję. Słyszę tylko jej szybkie bicie serca i szlochanie spowodowane strachem. Po chwili słyszę też głośne chrząknięcia Jared'a, ale wali mnie to. Ella jest taka krucha i sama się prosi o to, żeby ją przytulać. Nasze ciała wtapiają się w siebie i nie możemy się od siebie odkleić. Nagle moja ręka wędruje niżej niż powinna... Na co Ella odpowiada wzdrygnięciem się, ale nie przerywa tej boskiej chwili. Pierwszy raz ogarnia mnie takie uczucie. Uczucie troski i wszechogarniającego pragnienia chronienia jej. Po paru minutach Jared przystępuje do próby odklejenia nas od siebie. W końcu mu się to udaje i w momencie staję się czerwony jak barszcz. Nie chciałem tego przerywać... Nie, no, chyba się nie zakochałem. Nie znam Elli, więc jak mogę być w niej zakochany. Zresztą, ona jest z Jared'em, on by mnie zabił, jakby się dowiedział, że coś do niej czuję. Dlatego jemu nie powiem.

Po dwudziestu minutach (tyle zajęło nam ogarnięcie się i rozmowa na temat tej dziwnej sytuacji, która miała miejsce) udaję się do łazienki w celu "odcedzenia kartofelków". Podczas mycia rąk do łazienki wchodzi Ella. Zatrzaskuje drzwi i przekręca klucz. Wtedy wiem, że dostanę po łapach.

- Ethan, pojebało Cię? To było mega niezręczne... Jared stał tam na środku pokoju i nie wiedział, co zrobić, bo Ty nie miałeś zamiaru mnie puścić. Co Ty sobie wyobrażasz? Nagle pojawiasz się w moim życiu i od razu chcesz mnie zdobyć? Myślałam, że jesteś normalny! - niemal wydziera się na mnie.
- Zjedz snickersa, bo gwiazdorzysz - szepczę cicho, by nie usłyszała. Niestety, usłyszała.
- Masz jeszcze jakiś komentarz!? Powtórz, bo zdaje się, że nie słyszałam. Ugh, czemu wszyscy faceci są tacy sami. Nie dość, że przed chwilą Jared się na mnie wydzierał, że obściskuję się z Tobą, to jeszcze Ty... Wiecie co? Pocałujcie się wszyscy w dupę. Mogłam siedzieć tam w pace. Miałabym święty spokój od pojebów, i pojebów, i jeszcze więcej pojebów! - Ella aż kipi złością.

Nie czekam dłużej. Moje usta odszukują w ciemności (zgasiła światła) jej, lecz odruchowo przerywam pocałunek, zdając sobie sprawę z tego, co zamierzamy właśnie zrobić.
- Ella, nie możem... - przerywa mi kolejnym pocałunkiem, tym razem o wiele gorętszym i dłuższym. Po chwili zaczynam pieścić swoim językiem jej słodkie wargi i napawam się tą chwilą. Uczucie, która mnie ogarnia jest nie do opisania. Mój żołądek wywraca się do góry nogami, a wszystkie wątpliwości ze mnie spływają. Czuję się pewny siebie, co przekłada się na ruchy mojego ciała. Jedną rękę trzymam powyżej jej pasa (schodzi coraz niżej), a drugą na jej mokrym od łez policzku. Widzę, że Ella przeżywa tą chwilę tak bardzo intensywnie jak ja. Uśmiecha się, nie przerywając pocałunku. Korzystam z tej chwili, i go pogłębiam, sprawiając, że jest bardziej mokry i niezdarny. Ale to nic. Wysadzam Ellę na ogromnej umywalce, a ona oplata swoje nogi dookoła mojego pasa. Nagle jej chłodne ręce znajdują się pod moją koszulką, Eksploruje teren mojej klatki piersiowej, co sprawia, że wychodzę z siebie. Ella czując, jak się gotuję, gwałtownie ją podnosi i okazuje moją nagą pierś. Pomagam jej ze zdjęciem swojej bluzki, ale zanim posuwamy się dalej przerywam pocałunek.
- Ella, zwolnijmy trochę... Ja nie... Nie chcę... tego.
Wtedy dostaję w policzek. Ałć.
- Jednak jesteś dupkiem, Ethanie Roche! - syczy na mnie i ubiera swoją bluzkę, wychodząc z łazienki. Zostawiła mnie tam samego, czerwonego, spoconego i całkowicie rozdartego emocjonalnie.
Pogładziłem swój obolały policzek.
Kiepsko zaczynasz, Roche. Kiepściutko - przeklinam się w duchu.

Z góry przepraszam za ostatnią scenę, poniosło mnie! XD Dobry wieczór :D Co nowego? Ja dzisiaj patrzę na wszystko od lewej strony, bo nie mogę ruszyć głową w prawą stronę. Problemy z karkiem... Ale jakoś przeżyję. W końcu pojawił się rozdział, który miał się pojawić wczoraj. Z braku weny go nie skończyłem, ciężko się opisuje sceny pocałunku, naprawdę. Może następnym razem pójdzie łatwiej. Życzę miłej lektury i zapraszam do czytania kolejnego rozdziału (oby dzisiaj). Do zobaczyska!

18 listopada 2015

11.

  Tego budynku nawet nie można nazwać domem. Jest to jednopiętrowa rezydencja o dużych oknach i białych ścianach z ceglanymi elementami. Wiedziałem, że Ella jest bogata, ale żeby mieszkała sama w tak wielkim domu? 
  - Ale masz chatę! Sama tu mieszkasz? - otwieram usta z zachwytu i nie mogę przestać się wgapiać w imponujący, biały budynek. 
  - Z bratem i jego żoną, ale dom jest podzielony na dwie części, moją i ich. Sama bym nie wytrzymała. Ethan! Możesz już przestać? Domu nigdy nie widziałeś - Ella nie może powstrzymać się od śmiechu, widząc moją minę. 
   - Rzadko widuje. Tak to jest z dziećmi ulicy. Chodź, biedaczku mój kochany. Ella pokaże ci co to jest cywilizacja - ton Jareda jest słodziutki, a oczka zalotnie mrugają. 
  - Oh, Jared! Jaki ty jesteś uroczy! Aż mam ochotę cię schrupać! - posyłam kumplowi buziaka - Mówiłem ci już kiedyś, że cię uwielbiam, Jar? 
  - Chłopaki! - Ella nie jest taka kochana i pogania nas, żebyśmy wchodzili do środka.  
  Kolejny raz staję jak wryty. Sam korytarz wygląda jak wyjęty prosto z katalogu. Na wprost drzwi jest wielkie lustro, w którym idealnie widać, że tej nocy mało spaliśmy. Ale o wyglądzie można szybko zapomnieć w takim wnętrzu. Ściany są pomalowane na piękna limonkową zieleń, która w połowie przechodzi w wielką fototapetę, przedstawiającą jakaś egzotyczną wyspę. Na suficie wisi wielki żyrandol. Wszystko jest urządzone z precyzją i smakiem, ale nowocześnie. 
  -Ile zapłaciłaś projektantowi za taki wystrój? - moja twarz znów zaczyna przypominać pijanego mopsa.
  -Sama wszystko projektowałam. Studiuję architekturę wnętrz. Znaczy studiowałam. Trzy miesiące temu... Dobra, chodźmy. Musimy obgadać kilka rzeczy. - stara się, żeby jej mina wyglądała normalnie, ale od razu widać, jak bardzo jest jej przykro. Zielone oczy mają w sobie tyle smutku, że najchętniej przytuliłbym ją teraz. Wiem jednak, że za to straciłbym kumpla i górne jedynki. Opieram się więc myśli wzięcia Elli w ramiona i skupiam się na oglądaniu domu.
 -Zapraszam do mojego królestwa! 
  Powoli wchodzimy do pokoju Elli. Całość jest utrzymana w odcieniach brązu. Głównie kawowy i czekoladowy. Na środku stoi wielkie dwuosobowe (!) łóżko z baldachimem. Szafki mają niecodzienne kształty i są fantazyjnie rozmieszczone. Na ścianie wisi tylko jeden obraz, mój, który Jared dał jej na urodziny. 
  -Ładny pokój, ale najbardziej podoba mi się ten obraz. 
-Dostałam od Jareda. Podobno malowany przez profesjonalistę. 
  Prawie dławię się ze śmiechu, ale nie daję nic po sobie poznać. Mrugam tylko porozumiewawczo do kumpla, który nagle zmienił karnację na, bardzo modną tego lata, czerwień. 
W trójkę siadamy na łożu i zaczynamy rozmowę. 
- Ja nie wiem co zawaliło. Plan był dobry. Wręcz idealny. - Jared po raz kolejny pokazuje, że jest bardziej tępy niż wygląda.
 - Ughhhh... Pomyśl trochę. Tu nie było żadnego planu, wszystko było bez przemyślenia i szło zbiegiem okoliczności. Dlatego trzeba teraz wszystko omówić. Po pierwsze trzeba ustalić co Ella ma teraz robić. W okolicy wszyscy wiedzą, że siedziałaś, lepiej żebyś się nie pokazywała. Poza tym nie wiadomo czy dowody, które zostawiliśmy, wystarczą, żeby oskarżyć Isaaca, a ciebie uniewinnić. I jeszcze sam Isaac. On jest bardzo niebezpieczny i zdolny do wszystkiego. Może nawet w tej chwili miesza i robi wszystko, żeby nam przeszkodzić.
 Ella w jednej chwili blednie i podbiega do lustra, żeby obejrzeć rany zadane przez Isaaca. Widać, że jest przerażona i nie wie co ze sobą zrobić.
 -Błagam was! Nie pozwólcie, żeby on coś mi zrobił! - mówi, a po jej policzku spływa wielka łza...

Witam :**
Jesuu, to już 11 rozdział :O
Wiemy, że ostatnio trochę gorzej nam to idzie (był jeden dzień bez rozdziału :o), ale duuużo nauki i mało czasu. Ale robimy co możemy i motywujemy się nawzajem. Zostawiam was z tym rozdziałem i zapraszam na następne, bo akcja się rozkręca :D
Miłego wieczorkuuuu!! <3

17 listopada 2015

10.

Nagle Ella znajduje się w ramionach Isaac'a z przyciśniętym do szyi nożem, a ja i Jared nic nie możemy zrobić. Patrzymy na siebie znacząco i zastygamy w bezruchu, gdy na szyi Elli pojawiły się krople krwi.

- ZOSTAW JĄ! - krzyczy Jared i wyrywa się do ataku, ale go zatrzymuję.
- Ani słowa, bo ta szmata zginie! - warczy Isaac.
- Isaac, zwariowałeś? O co Ci chodzi?! - syczę na mojego wroga.
- Jak się zrzekniesz pierwszego miejsca w hierarchii najodważniejszych to ją puszczę!
- Weź się uspokój, takie coś nawet nie istnieje. Zżera Cię zazdrość i tyle, bo nie masz tyle siły i odwagi co ja, matole.
Nagle nóż zaciska się jeszcze mocniej i Ella piszczy z bólu.
- ETHAN! - wydzierają się na mnie razem z Jared'em. Chyba nie pomagam...
- Dobra, dobra! - mówię z desperacją w głosie - przyznaję, że jesteś bardziej odważny i silniejszy, i o wiele lepszy w bezsensownym lataniu po ścianach budynków. Proszę, udław się.
Isaac wypuszcza Ellę, która osuwa się na twardą ziemię, zwijając się w kłebęk i szlochając z bólu. Jared pędzi do niej i bierze ją w swoje ramiona przyciskając swoje wargi do jej. Uśmiecha się przez pocałunek, a ja nie wytrzymuję psychicznie.
- Zaraz rzygnę tęczą, tacy jesteście słodcy - oznajmiam z udawaną słodyczą.
- Zamknij się. To nie ja jestem zdesperowanym singlem bez postawionych jasno wartości w życiu. - warczy na mnie Jared. Podnoszę ręce w geście poddania i zakrywam oczy ręką, nie patrząc na kolejną scenę publicznego ślinienia się. Fuj.

Po opatrzeniu Elli (apteczka w samochodzie jednak się przydaje) wsiadamy z powrotem do Range Rover'a i decydujemy, że wracamy do domu. Ale nie do mojego, ani Jared'a. Jedziemy do domu Elli. Po raz pierwszy odwiedzę dom Elli i jestem podekscytowany jak małe dziecko (hmm...). Ciekawi mnie, czy też ma pełno obrazów na ścianach, i czy ma biurko pod oknem. I czy ma wannę w łazience na górze, jak w ogóle ma górę.
- Mam ochotę na banana - stwierdzam nagle i moi towarzysze patrzą na mnie zmieszanym wzrokiem - No co, posiadanie własnego zdania chyba nie jest zabronione. Chcę banana, i go sobie zjem. Ella, macie w domu banany?
- Ethan, co Ty ćpałeś? - pyta Ella, śmiejąc się lekko.
- Tylko kokę, herę, i paliłem rano marychę - szczerzę się radośnie - ale poza tym to nic.
Dojeżdżamy pod jej dom i z wrażenia odbiera mi mowę.

Dobry wieczór! (z góry przepraszam za kiepski humor w tym rozdziale, ale późno jest na pisanie. :D) Rozdział wyjaśniający akcję z poprzedniego, pisany bardzo ekspresowo, bo ktoś się domaga rozdziału (pozdrawiam Ankę C.). Ogólnie, jadą do Elli, która ma zajebisty dom, ale cii, w kolejnym rozdziale się dowiecie reszty. I może będzie kolejny problem (tu się wiecznie coś dzieje!). Ale nic nie zdradzam, miłego czytania i dobrej nocy! Widzimy się (teoretycznie) jutro lub pojutrze.

9.

Wleczemy się do drzwi. Oczy mamy jak pięciozłotówki i nikt nic nie mówi (nie licząc kilkuset przekleństw). Jednak Jared nie wytrzymuje długo i gdy tylko wychodzimy przed Starbucksa zaczyna wrzeszczeć jak opętany.

  - Kurwa! Jak można być takim idiotą? Chyba nikt nie ma takiego farta! Na 5 minut zostawić rzeczy i już ich nie ma. Walić! Cała akcja spieprzona!
  - Luz, ziom. Akcja się udała. - mówię bez przekonania, bo wiem o co mu chodzi. Sam mam ochotę sobie powrzeszczeć, ale jako człowiek kulturalny, nie ryczę jak ranny kojot o 5 nad ranem. Patrzę na Ellę, ale ona wygląda jakby miała to głęboko. 

  Zaraz po wyjściu zaczynamy liczyć co straciliśmy. Dużo hajsu, rzeczy Elli, pluszowego misia, słuchawki, chusteczki, 20 metrów liny, jeszcze więcej hajsu, dwa telefony, paczkę szlugów i klucze do domu Jareda. Może nie wygląda to bogato, ale wszystko ma dla nas wartość. W myślach przeklinam tych pizgniętych zakochańców. Musieli się ślinić właśnie wtedy! 
  Idziemy, a konkretnie ledwo się wleczemy w stronę Range Rovera. Na szczęście nie zostawiłem kluczyków w torbie, bo teraz byśmy z buta wracali. Słońce zaczyna przeciskać się przez szare budynki Londynu. Nawet mimo tragicznej sytuacji nie mogę się oprzeć i przystaję, żeby obejrzeć ten magiczny widok. Widzę, że Ella też się zatrzymuje i wpatruje się intensywnie przed siebie, ale gdy odwraca się w moją stronę, w jej oczach widzę strach. Szybko podążam za jej spojrzeniem i staję jak wmurowany. Nawet Jaredowi brakuje słów.

  -Witam, gołąbeczki! Co tu robicie tak wcześnie? Oh, Ella! Jak my się dawno nie widzieliśmy! Tęskniłem! - Isaac stoi 10 metrów od nas i rzuca nam wyzywające spojrzenie. W ręku trzyma nasze torby. Od razu widać co robił w nocy.
  - Śledziłeś nas - ten człowiek szczególnie działa mi na nerwy. Ale dzisiaj, gdy wiem, że widział całą naszą akcję, boję się zrobić krok. Widział, że go wsypujemy, a nic nie zrobił. Nagle rzuca torby na ziemię i biegnie do nas. W ręku trzyma nóż.

Cześć! Dzisiaj bez głębszych przemyśleń. Rozdział krótki, ale niestety doskwiera chwilowy brak weny. Miłego czytania i dobranoc!

15 listopada 2015

8.

Powoli odjeżdżamy w blasku wschodzącego słońca. Jared wzdycha z ulgą.
- Nie sądziłem, że tak sprawnie nam pójdzie, ptasi móżdżku - uśmiecham się do Jared'a i uderzam go lekko w ramię.
- Hej! Nie musisz tak mocno... - śmieje się i oddaje o wiele silniej niż ja.
- Chłopaki, nie pobijcie się tu z tej radości! - woła Ella z tylnego siedzenia.
Miała bardzo subtelny i kobiecy głos. Lekka chrypka nadawała charakteru ostrej buntowniczki. Bardzo mi się to podobało. W ogóle, Ella mi się podobała. Jej rude włosy w świetle słońca mieniły się, a oczy koloru zielonego idealnie pasowały do jej ciemnej karnacji.
- Mam coś na twarzy, Ethan? - spytała rozbawiona Ella, spostrzegając, że się na nią gapię przez lusterko.
- Nie, nic nie masz na twarzy? O co Ci chodzi? - pytam zmieszany, kierując swój wzrok na ulicę przed nami.
- O nie! Ethan, nie uda Ci się to! - Jared spogląda na mnie surowo, i wiem co ma na myśli.
- Jared, przestań - jęczę - nie ukradnę Ci dziewczyny - mówię szeptem, tak żeby Ella nie usłyszała.
Nie mam zamiaru mu jej ukraść. Jest bardzo ładna, ale nic do niej nie czuję.

Po około 15 minutach docieramy do naszego ulubionego Starbucks'a, żeby opić naszą ucieczkę faworyzowaną przez nas karmelową latte macchiato.
- Wow, pierwszy raz tu jestem, i powiem jedno. Bardziej zajebistej kawy w życiu nie piłam! - wykrzyknęła Ella, raczej głośniej niż zamierzała.
- To taka nasza mała tradycja. Co tydzień w niedzielę jeździmy do Starbucks'a żeby uczcić każdy kolejny udany weekend! Teraz możemy uczcić inne, równie wesołe zjawisko - uśmiecham się niezręcznie do Elli, która odwzajemnia uśmiech.
- No... To ja skoczę do łazienki. Idzie ktoś? - pyta wesoło Jared.
- Ja pójdę - odpowiada Ella, wstając od stołu i patrząc na mnie - popilnujesz nam rzeczy? - pyta mnie z uśmiechem.
- No jasne! Nigdzie się stąd nie wybieram! - Śmieję się.

Gdy mija 15 minuta ich nieobecności, lekko wkurzony zmierzam w stronę toalety. Sprawdzam najpierw damską toaletę, gdzie znajduję tylko ciszę. Dopiero, gdy otwieram drzwi do męskiej toalety słyszę przeróżne odgłosy. Pukam w drzwi kabiny, z której się one wydobywają.
- Halo? Kończycie już? - chichram się, słysząc szepty.
- Yyy... Ethan? To Ty? - mówią jednym głosem i wybuchają śmiechem chwilę po tym.
- Moglibyście sobie darować bzykanie w publicznym kiblu... - stwierdzam niezręcznie.
Po dwóch minutach ciszy wychodzą z kabiny i śmieję się z nich, spoglądając do lustra.
Wracamy z toalety i siadamy przy stoliku. Dopiero po kilku minutach zauważamy jedną rzecz.
- Ej... Wie ktoś gdzie są nasze rzeczy? - pyta Ella, wyraźnie zaskoczona.
Po zapłaceniu za kawy, pospiesznie ruszamy do drzwi.

Hello! (piękna piosenka Adele, btw) Witam ponownie ja, bezimienny! :D W tym rozdziale wielka radość, sukces, i poranne popijanie pysznej kawy ze Starbucks (bardzo gorąco polecam). Rozdział uzupełniający, w przyszłym dużo więcej akcji. Mam nadzieję, że mimo wszystko miło się czytało, mi na pewno fajnie się pisało! Do zobaczenia w kolejnym rozdziale, miłego wieczoru!

7.

   Zamarliśmy... W ostatniej chwili złapałem za ramię Jareda, który chciał uciekać.
- Zwariałeś?! Nie narzekałbym na odrobinę rozumu dla twojej pustej czaszki! - w moim szepcie jest żądza mordu - Stój tu i najlepiej nic nie mów.
- Chcesz stać i czekać aż nas złapią? Gratuluję! - nie wiem po kim on jest taki tępy, może rodzice znaleźli go na śmietniku albo adoptowali (???).
- Patrz. Może to ci wyjdzie lepiej niż myślenie.
   Dokładnie w tym momencie podbiega do nas trzech strażników, którzy patrzą nieufnym wzrokiem.
- Co się tu dzieje, panowie? Wy jesteście dzisiaj na obchodzie? Ktoś próbował uciec?
   Na mundurze tego strażnika zawczan naszywkę 'wyższy naczelny'. To może nam uratować życie. -Nie, panie naczelniku. Wszystko jest w pożądku. To moja wina, przyznaję.
- Dobrze, odmeldować się!
   Niczym rasowy strażnik odmeldowałem się z przejęciem stukając 'obcasami'. Dopiero w tej chwili zorientowałem się, że na nogach mam zgrabne New Balance. Jared był w lepszej sytuacji, bo prezentował połyskujące glany, jak przystało na urodzonego buntownika. Na szczęście strażnicy oddalili się bez zbędnej kontemplacji naszego obuwia. Dałem kumplowi znak, żeby szedł za mną. Chwilę przechadzaliśmy się po korytarzu, udając, że wykonujemy nocną zmianę. Jednak minutę później znów staliśmy przy drzwiach do celi Eleny i oddawaliśmy się bardzo relaksującemu szukaniu klucza nr. 47. Zajęło nam to dobre 5min, bo kluczy w ciul.
   Wreszcie znalazł się, a my, napaleni jak ksiądz na nowego ministranta, rzuciliśmy się otwierać masywne drzwi. Ręce trzęsły mi się tak, że ledwo trafiłem do otworu. Poszło! Klucz z przyjemnym zgrzytem przekręcił się w zamku. Weszliśmy do celi, która na pierwszy rzut oka wydawała się pusta. Ale nie była. W rogu siedziała dziewczyna, która na nasz widok zerwała się.


- Jared! - wykrzyknęła szeptem i podbiegła do niego.

   Padli sobie w ramiona i przyssali się do siebie jak dwa glonojady. Nie jestem fanem publicznego ślinienia się, ale wybaczyłem im że względu na sytuację.

   Razem stanowili dziwną parę. Jared był wysoki i przypakowany, miał na sobie mundur i glany. Trochę przypominał skina, chociaż na stówę nim nie był. Elena była drobną dziewczyną, o półdługich tycjanowskich włosach i szerokim uśmiechu. Najbardziej zachwycały jej oczy, mimo że w półmroku nie można było określić ich koloru. Nie miała wyglądu typowej dziwki, ale nie była szara myszką. Wreszcie odkleili się od siebie i przyszedł czas na zapoznanie się.  
- Hej, jestem Ethan, best friend tego tutaj. Ty jesteś Elena, prawda?
- Ella - dziewczyna na chwile posmutniała, ale szybko się opanowała. - miło cię poznać, chociaż warunki nie są cudowne. Dobra, nie czas na pogawędki. Chyba przyszliście mnie stąd wyciągnąć? Plan jest taki: pod łóżkiem jest kratka, która prowadzi do muru przy barakach. Myślałam, że będziecie musieli użyć siły, ale klucze wystarczą. Przejdziecie tam bez problemu. No, nie patrząc na twoje buty, Ethan. W każdym razie podejdziecie do kratki przy baraku nr.3 i otworzycie ją kluczem z żółtym kółkiem. Tamtą cześć nie jest pilnowana więc nie złapią was. Przejście z celi do kratki zajmuje około 10-15min i w tym czasie wy też spokojnie się tam dostaniecie. Mam nadzieję, że linę macie niedaleko miejsca, o którym mówię.
- Dokładnie przy barakach.
- Czyli wszystko idzie dobrze. Nic nie może się nie udać.
---
I miała rację. Stoimy po drugiej stronie muru. Jesteśmy poranieni, zmęczeni i brudni. Każdy myśli... Udało nam się! Żyjemy, nie złapali nas, a na pryczy w celi 47 zostawiliśmy dowody na winę Isaac'a. Może to wystarczy. Nasze spojrzenia spotykają się i odruchowo padamy sobie w ramiona. Stoimy w uścisku dłuższą chwile. Bierzemy nasze rzeczy i wsiadamy do Range Rover'a. Nie słyszymy przerażającego krzyku z okolic celi 47.
-WIĘZIEŃ NA WOLNOŚCI!!!

Cześć!
Niedziela, a my już od rana myślimy tylko o opowiadaniu. Ja siedziałam do 1 w nocy i pisałam. W efekcie powstał rozdział 7. Udaje się wydostać z więzienia, ale, jak już mój współautor powiedział, przeszkód nigdy za dużo :P Mam nadzieję, że się spodoba. Już czekam na to, co będzie w następnym rozdziale! Miłej niedzieli :*

14 listopada 2015

6.

- Co obserwujesz? - pyta głośno Jared, a ja podskakuję w miejscu, czując przypływ adrenaliny.
- Pojebało Cię?! Chcesz żebym spadł i się zabił?! - odpowiadam głośniej, niż się spodziewałem - Wystraszyłeś mnie, dupku - stwierdzam, już nieco ciszej, uspokajając się.
Obserwujemy plac przez dłuższą chwilę, i po kilku minutach dochodzimy do jednego wniosku.
- Nie mamy szans - oznajmiamy w tym samym czasie, przerażeni naszą sytuacją. Przed nami znajduje się ogromny, składający się z kilku członów budynek (jako Sherlock Holmes dochodzę do wniosku, że tam są cele więzienne), boisko sportowe i kilka pojedynczych budynków (pewnie też z celami). Zaczyna padać, co wcale nie pomaga, ale sprawia, że przyspieszamy i w momencie jesteśmy po drugiej stronie muru. Obdrapani i poranieni drutem kolczastym obmyślamy dalszy plan działania.

- Dobra, co teraz? - chcę się dowiedzieć, mając nadzieję, że Jared coś wymyślił.
- Nie wiem, myślałem, że Ty wiesz - mówi, ślepo wgapiając się w boisko sportowe przed nami.
Spałbym sobie teraz smacznie, gdyby nie ten piździelec... - przeklinam w myślach Jared'a.
- Ej, Ethan? - przerywa ciszę łamiącym się głosem - dlaczego w naszą stronę idzie opancerzony strażnik?
Panikujemy i próbuje schować się za kartonowymi pudełkami. Nagle, nasz wzrok przykuwają dwa mundury znajdujące się w środku kartonów.
- Szybko, ubieraj! - syczy Jared.
Pozbywamy się naszych ubrań, i szybko ubieramy pundury, wypełniając pustkę w kartonach naszymi ubraniami. Gdy strażnik do nas dociera wyłaniamy się, zmyślając pogawędkę o pogodzie. Gdy strażnik mija nas bez słowa, przybijamy po cichu piątkę i uśmiechamy się na myśl o naszym genialnym pomyśle. Powolnym krokiem docieramy do głównych drzwi budynku nr 1 (tak nazwałem ten największy). Ku mojemu zdziwieniu, masywne drzwi były zamknięte. Spojrzałem na Jared'a bezradnie, który zadzwonił mi przed oczami chyba 50-cioma kluczami.
- Patrz co mam! - oznajmia Jared z błyskiem w oczach.
- Jak Ty to... Kiedy?! - próbuję wypowiedzieć zdanie bez jąkania się.
- Ten kretyn miał przyczepione kółko z kluczami do tylnej kieszeni. Jak szliśmy, to zwinnym ruchem mu je odczepiłem i wziąłem. Ma się ten pomyślunek... - stwierdza dumnie mój kolega.
- No teraz to nawet mnie zaskoczyłeś... - mówię, nadal zastanawiając się, jakim cudem ten głupek nie został złapany na kradzieży wszystkich kluczy.

W tym czasie, jak ja o tym myślałem, on zdążył już znaleźć odpowiedni klucz i jednym przekręceniem otwiera drzwi. W środku jest bardzo biednie. Gołe, białe ściany, dawno nie myta podłoga i drzwi prowadzące do osobnych pomieszczeń. My, zafascynowani windą udajemy się do niej i przyciskamy guzik na ścianie, modląc się, by się otworzyła. Ku naszemu zdziwieniu, drzwi od razu się chowają, ukazując malutką przestrzeń z lustrem na tylnej ścianie.
Wyglądamy... dobrze - myślę sobie, spoglądając na dwóch wysokich 'strażników' odzianych w szaro-piaskowe mundury. Jednak pot spływa nam z czoła i twarze mamy czerwone ze zdenerwowania. Po wejściu do windy, przyciskamy guzik "1", który jak mieliśmy nadzieję prowadzi na pierwsze piętro. Gdy otwierają się drzwi, dokładnie studiujemy położenie wszystkich celi na danym piętrze.
- W której celi jest ta Twoja Julia, Romeo? - pytam Jared'a, śmiejąc się lekko.
- Cela 47 - odpowiada na moje pytanie bez jakichkolwiek emocji.
- Co się dzieje?
- Nic... Po prostu nie wierzę, że my to robimy. Jesteśmy skończonymi bezmózgami, jeśli myślimy, że to się nam uda. Cokolwiek "to" jest. Nikt się nie nabierze na żart o dwóch strażnikach, nie wiadomo skąd i jak się tu pojawiających.
- Nie panikuj, Jared, uda się nam. Jak tamten się nie kapnął, musimy mieć nadzieję, że tutaj też nikt się nie kapnie. Jak na razie nie widzę żadnych strażników, więc możemy ruszać śmiało do Twojej ukochanej - mówię z pewnością siebie w głosie.
Ruszyliśmy naprzód, ogarniając numery celi, obok których przechodziliśmy. Cela nr 12... cela nr 23... cela nr 38... aż do Celi nr 47, gdzie siedziała wybranka mojego wspólnika. Stoimy przed drzwiami i wgapiamy się w myszaty kolor.
Gdy już mieliśmy wejść do środka, włącza się alarm.

Dobry wieczór. :3 Rozdział 6, czyli rozdział, w którym prawie wszystko staje się jasne. Niby już docierają do celu, ale jednak przeszkód nigdy dość. W następnym rozdziale dużo akcji, bo (oops), niestety chłopcy włączyli alarm. Rozdział jak na razie najdłuższy, ale w przyszłości będą jeszcze dłuższe, więc nie traktuje tego jak jakieś wielkie osiągnięcie. Mam nadzieje, że w miarę ciekawy rozdział, miałem duże trudności z napisaniem go, bo nigdy w życiu nie byłem w takim więzieniu i ciężko mi było je opisać. Piszcie, czy mi się udało sprawnie to opisać. Do zobaczenia!

5.

Ruszyliśmy w stronę więzienia? Skąd! Dalej stoimy chichocząc nerwowo i wrzeszcząc na siebie szeptem, że w takiej ważnej sprawie potrafimy się śmiać. Dziwne, że nikt jeszcze nie zwrócił uwagi na dwóch osiemnastolatków, którzy od 15 minut stoją pod murem i zachowują się jakby przyjechali z psychiatryka na wycieczkę krajoznawczą.
  Pierwszy ogarnął się Jared. Próbuje rozwiązać supły na linie, bo nikt z nas o tym wcześniej nie pomyślał (profesjonalizmu ciąg dalszy).

  - Przydałaby się trzecia osoba. Byłoby łatwiej - mruczę niezadowolony, bo teraz nasz 'plan' zaczyna wyglądać jeszcze bardziej bezsensownie.
  - Zawsze możesz skoczyć do auta i przyprowadzić Jennifer - mówi bezlitośnie Jared i posyła mi buziaczka - przynajmniej będziesz miał z kim porozmawiać.
  - Zamkniesz wreszcie japę? Zawsze możesz odbijać swoją damę serca sam. Ja chcę tylko poczuć trochę emocji. 
  -Wiesz, stary? Dobrze, że cię mam. Umiesz człowieka dowartościować. Gdyby nie twoje nawijanie, moje życie byłoby nudne.
  -Może skończysz te pretensje? Poszczekasz sobie w domu, mordo.

  Jest prawie 1 w nocy, a my ciągle stoimy w tym samym miejscu. Kiedy lina jest rozplątana nie mamy już żadnej wymówki. Patrzymy na siebie zgodnie i tym razem na serio podchodzimy do muru.
  Nasz 'perfekcyjny' plan polega na wspięciu się po linie na mur, pokonaniu drutów kolczastych i unikaniu strażników. Banalne, nie? Bardziej idiotycznego planu na dostanie się do więzienia nie widziałem. Niewiele wiemy, tylko tyle, że ta Elena jest w celi na parterze (co bardzo ułatwia nam zadanie), i że ma jakiś sposób na wydostanie się, ale nic poza tym. Naszym zadaniem jest po prostu dostać się do jej celi. A to w całej ucieczce jest najtrudniejsze, bo żaden z nas nie wie jak wygląda takie więzienie. Nie znamy rozmieszczenia kamer, budek strażniczych. Nie wiemy jakie mają alarmy. Wszystko planowane na poczekaniu, bez zbędnego przemyślenia sprawy. To zwiększa nasze szanse na wylądowanie za kratkami.
Próbuje sobie wyobrazić co będzie jak nas złapią. Czarne myśli zasnuwają mi umysł i już chcę się wycofać, ale gdy tylko patrzę w zrozpaczone oczy Jareda, wiem, że nie możemy się teraz poddać. Z furią rzucam liną, tak, że przewiesza się przez gruby metalowy pręt.

  - Pójdę pierwszy! Uda się nam, rozumiesz?!

  Ze strachem wspinam się po linie, cały czas rozglądając się czy ktoś nie gdzie. Po chwili jestem na szczycie 10-metrowego ogrodzenia. Czekając na Jared'a robię 'rozeznanie w terenie', które polega na tępym przyglądaniu się pustemu placu. Na budce strażniczej siedzi dwóch strażników i śpi. To daje nam przewagę. Jeszcze trzeba przedostać się przez drut kolczasty i pójdzie z górki!

Witam! Znowu ja!
Mój kochany friend myślał, że odda mi gorszy rozdział, ale się nie dałam. Nie mam dzisiaj weny niestety, więc ta część jest średnia, ale postaram się zmobilizować. Jak na razie zostawiam wam to. Do zobaczenia!! <3
Specjalne pozdrowienia od autorów dla Anki-naszej pierwszej czytelniczki :* :D

13 listopada 2015

4.

- Latarka?
- Jest.
- Lina?
- Jest.
- Jedzenie?
- Yyy... Jest.
- Pluszowy miś, bo bez niego spieprzymy sprawę?
- Raczej wątpię żebyśm... - przerywa mi, głośno chrząkajć - Jest.
- Twój piękny wóz, który chętnie bym ukradł, gdyby nie był Twój?
- Też jest - śmieję się z jego idiotyzmu.
- A więc jesteśmy gotowi! - radośnie krzyczy i podskakuje w miejscu.
- Dobra, dobra... Nie ciesz się tak, bo dalej nie mamy planu - oznajmiam, uśmiechając się półgębkiem - Co za idiota... - dodaję w myślach.

Po około 2 godzinach możemy śmiało stwierdzić, że jesteśmy gotowi do drogi. Prison Belmarsh znajduje się 13km od centrum Londynu, czyli naszego punktu wyjścia. Zdecydowaliśmy, że dostaniemy się na drugą stronę liną, co jest dość amatorskie i lekkomyślne, ale to pierwsze takie zagranie w naszym życiu. Nie mamy doświadczenia, czego można się spodziewać po takich żółtodziobach. Wszystko mamy rozrysowane na kartce papieru (profesjonalizm).

- I ja mam coś z tego rozumieć? - szepcze bez przekonania Jared, próbując odczytać moje bazgroły i (nie)perfekcyjnie rysunki.
- No mniej więcej. Ty przedstawiasz mi swój plan, ja rysuję. I w dupie mam czy to rozumiesz, czy tego nie rozumiesz. Jak się coś nie podoba to mogę Cię zapoznać z tymi oto pięknymi, pokrytymi skórą drzwiami - syczę ze złości, wskazując palcem drzwi.
- Weź wyluzuj, stary... Nie rozumiesz żartu... - przekonuje mnie Jared ze smutkiem w oczach.
- Sorry, po prostu wyciągasz mnie z domu o 12 w nocy i myślisz, że będę śmiał się jak głupi do sera i przytakiwał wszystkiemu, co powiesz - podnoszę głos o ton wyżej.
- Dobra, zamknij japę i słuchaj. Za chwilę włączysz silnik i na światłach przed nami skręcisz w prawo, a pote...
- Widzę, że Twoja zacofana dupa nie wie o istnieniu GPS'a... - śmieję się z siebie w duchu.

Włączam GPS'a i rozbrzmiewa relaksacyjny głos Jennifer (no przecież każdy nazywa dziewczyny gadające w GPS'ach... tak?).
- Cześć maleńka - słodko witam się z.... ymm... robotem.
- Gadasz z nieistniejącą laską, która siedzi w ekranie tego GPS'a? - pyta Jared, marszcząc brwi.
- Ciii, nie słuchaj tego idioty, on nie wie, co mówi... - pocieszam Jennifer, niemalże słysząc jej smutek.
- Debilizm to choroba, polecam wizytę u lekarza!
- Masz jeszcze jakiś komentarz? - warczę na niego.
- Nie, nie, po prostu jedź! - Desperacja w jego głosie jest odczuwalna na kilometr.

Wciskam guzik włączający silnik i wrzucam pierwszy bieg. Nie zapominam o włączeniu ogrzewania foteli. Jak szaleć to szaleć...
Idealnie zdążyłem na światłach i przejechałem na pomarańczowym. Droga jest dłuższa niż się spodziewałem, mimo, że to tylko 13 kilometrów. Presja, jaką odczuwam jest niewyobrażalna. Pierwszy raz w życiu aż tyle adrenaliny przepływa przez moje żyły. Jednak zmieszana jest ze... strachem. Czuję strach. Nie mogę się skupić na drodze, bo myślę tylko o tym, czy uda nam się wydostać z więzienia niezauważonymi. Sam fakt, że moja matka pewnie teraz myśli, że zasiedzieliśmy się przy grach przeraża mnie jeszcze bardziej. Gdy w oddali można już zauważyć więzienie, do którego zmierzamy, ręce zaczynają mi się trząść i pojedyncze krople potu spływają po moim czole.

Parkujemy przy krzakach, tak, by ukryć nasze... moje auto przed niepotrzebnymi gapiami. Mogliśmy wziąć mniejsze auto, jakieś Porsche Cabrio by wystarczyło, ale musi być efekt. Po zatrzymaniu auta, patrzymy na siebie z powątpiewaniem.

- Gotowy? - Pytam łamiącym się głosem.
- Nie. - odpowiada Jared.
- Ja też nie... - kiwam przecząco głową.
- Skoro tak... to idziemy.
I ruszyliśmy w stronę więzienia.

Witam po raz drugi dzisiaj. Ogarnia nas obsesja od pisania tego opowiadania, co jest z jednej strony dobre, a z drugiej strony niekoniecznie. Nie możemy oderwać się od klawiatury i oczy się psują, ale staramy się jak możemy, żeby nie oślepnąć! :D
W tym rozdziale ostatnie planowanie przed wielkim skokiem na więzienie. Nazwę wziąłem od autentycznego więzienia na obrzeżach Londynu i wiem, że dziwnie to zabrzmi, ale bardzo mi się ono podoba. Nie chciałbym tam trafić, ale jest coś w nim, co przykuwa moją uwagę, w każdym razie z lotu ptaka. Mam nadzieję, że ten jakże nudny i normalny post jednak przykuje Waszą uwagę. Wiem, nie możecie się doczekać kolejnego rozdziału... Przekazuję pałeczkę mojej przyjaciółce i czekam z niecierpliwością na kolejną część naszego dzieła (Wy chyba też). Do zobaczenia! ♥

3.

Hmm... Ta oszczędność w słowach jest niepodobna do Jareda. Jeszcze SMS wysłany z obcego numeru? Coś tu nie gra i chyba musiało się stać coś gorszego niż brak kasy na kawę. Nigdy nie pisał w ten sposób! Tknięty złym przeczuciem wybiegam jak oparzony, po drodze chwytając kurtkę i zrzucając ze ściany jeden z moich lepszych obrazów. W tej chwili nic mnie on nie obchodzi i mam w dupie wszystko co się dzieje w domu. Mój niezawodny szósty zmysł mówi mi, że z Jaredem coś jest nie tak. A intuicja to jedyna rzecz, której mogę zaufać bezgranicznie!
     
  - Mogę wiedzieć gdzie się książę wybiera?! Dopiero co wróciłeś i nic nie jadłeś! Może się chociaż przebierzesz? - matka jak zwykle nie powstrzymuje się od komentarzy i zatrzymuje mnie w drzwiach.
  - Zejdź mi z drogi! - nie mam czasu na bezsensowną kłótnię, ale nie myślę o kompromisie. Mój krzyk nie przynosi sukcesu, ale pozbycie się jej nie będzie trudne - Zamknij się wreszcie i daj mi żyć po swojemu! Cały czas chcesz mieć kontrolę, ale średnio ci wychodzi! I tak nie chcesz, żebym został, tylko nie masz na kogo narzekać!
  - No, tak. Masz rację! Ciekawe co zrobisz, jak skończysz to swoje 18 lat i wylądujesz na ulicy? -
  Znam dalszą cześć, bo zawsze jest taka sama. Mogę ją cytować z pamięci. Matka nie umie być kreatywna i gada jak zdarta płyta. W takich momentach wygrywam, bo ona nie umie się obronić i zawsze mi ulega. Kto, będąc na moim miejscu nie korzystałby z okazji?
  Wybiegam w domu i nagle przestaje mi się spieszyć. Londyn w dzień jest miejscem gdzie toczy się walkę o pozycję, ale za to w nocy zmienia swoje oblicze i staje się miastem marzeń, w którym każdy chciałby żyć. Nieruchome blaski lamp ulicznych mieszają się z wzburzonymi, wiecznie ruchomymi falami reflektorów samochodowych. Idąc ulicą, czuję się jakbym pływał w morzu świateł. Próbuję zatrzymać tę chwilę jak najdłużej, ale wiem, że zaraz będę musiał zderzyć się z brutalną rzeczywistością.

Magiczny moment kończy się zbyt szybko. Gdyby Starbucks był dalej niż tylko pare przecznic od domu, wtedy miałbym więcej czasu. Zrezygnowany wsiadam do połyskującego Range Rover'a i ruszam jak najwolniej. Nie chodzi o to, że nagle przestały mnie obchodzić problemy Jareda, ale chwila jest zbyt piękna, by psuć ją jakąś złą wiadomością. Jednak przyjacielski obowiązek trzeba spełnić, jakkolwiek piękna by nie była.

Podjeżdżam pod wyznaczone miejsce i już w pierwszej chwili dostrzegam Jareda, który ze zdenerwowania nie może ustać w miejscu. Wypadam z auta, udając, że bardzo się spieszyłem.
  - Siema! Coś się stało? Może jakoś...
  - Trzeba było dłużej jechać! Ile można czekać?! Nic cię to nie obchodzi, nie?! - przerywa mi wpół słowa i aż piana toczy się z jego ust.
  - Wrzuć na luz, ziom. Przyjechałem jak najszybciej. Matka się czepiała jak wychodziłem, ty już nie musisz mi prawic kazań. Powiedz lepiej co to za pilna sprawa, którą powinienem się przejąć?
  - Jest akcja! Już nie mogę wytrzymać! Przyrzekaj, że pomożesz. Będzie adrenalinka, to ci mogę obiecać!
  - Mów o co chodzi - zaczynam się niecierpliwić, ale Jared wcale mi nie ułatwia - Nie zgodzę się jeżeli nie będę wiedział o czym nowa.
  - Pamiętasz moją dziewczynę Elenę? Opowiadałem ci o niej nie raz-jego głos się trzęsie jak nigdy-Cały czas siedzi w więzieniu przez tego sukinsyna. Już nie wytrzymuję. Widzenia raz na dwa tygodnie nie starczają! Świadomość, że zamiast niej powinien tam siedzieć Isaac, nie pozwala mi tego zostawić! Powinienem to załatwić już wcześniej. Teraz to sprawa życia i śmierci! ROZUMIESZ?!
  - Nie bardzo. Co masz zamiar zrobić?
  - Odbijemy ją!
  - Rzuciło ci się na mózg? Jak nas złapią to nie będą się bawić w kuratora, ale prosto za kratki!
  - A kto mówi, że damy się złapać? - patrzy na mnie spojrzeniem, które napawa mnie strachem. Spojrzeniem szaleńca, człowieka niepogodzonego z losem, gotowego na wszystko - Widzę, że przeraża cię myśl o prawdziwym przestępstwie. Umiesz tylko popisywać się przed innymi! Jak pojawiają się konsekwencje to nie jesteś taki odważny! Tak naprawdę jesteś zwykłym tchórzem! Wiedziałem, że nie będzie cię stać na nic więcej! Jesteś ZEREM!
  Wiem, że chce mnie sprowokować. Moja duma została urażona. Mam ochotę rzucić się na niego, ale honor nie pozwala puścić jego uwagi mimo uszu...
  - WCHODZĘ W TO!

Cześć!
Kolejny rozdział naszej historii i znowu powracam ja, autorka płci pięknej :D Pomysł na rozdział podsunięty przez niezastąpionego Music Heaven <3 Odstający trochę od schematu, ale już na początku mówiłam, że to wszystko to jeden wielki spontan i wszystko jest pod wpływem chwili.
Nic więcej nie mam dodania, poza tym, że mega wkręciliśmy się w tego bloga, chociaż ma dopiero trzy dni i żyjemy już tylko tym. Miłej lekturki!!! Rozdział 5 jest mój. BYE! :*

2.

Oops, niestety nie spadłem. Nadal stoję na brzegu budynku, jednak moja krew gotuje się od przypływającej adrenaliny. Owszem, zrobiłem to specjalnie. W sensie, zachwiałem się. Adrenalina jest zbyt kusząca, żeby nie skorzystać z jej mocy. Mogę teraz wznieść się w powietrze i latać ponad smutnymi domami w centrum mojego ukochanego miasta. Czy to nie piękne? Czuć, że całe Twoje życie istnieje właśnie dla takich chwil. Chwil, dzięki których czuję, że naprawdę żyję.
Niestety, takie chwile nie trwają wiecznie. Po kilku minutach stania i adorowania Londyńskiej aury powoli dochodzę do siebie. Tak szczerze to robi mi się zimno. Schodzę więc w dół, po tej samej metalowej drabinie i ruszam do domu. Jest już ciemno, ale ciemność jest piękna. Szkoda tylko, że w ciemności nie widać mojej twarzy... A może to i lepiej? Mniej ofiar zawałów spowodowanych moim urokiem osobistym. Chowam ręce w kieszenie i przyspieszam, widząc w oddali bramę mojej posesji. Pilotem naciskam guzik otwierający ozłoconą bramę, wyglądem przypominającą te, które można spotkać w Hollywood. W domu czeka na mnie mama, stary Golden retriever i dwa koty rasy brytyjskiej.

- Gdzieś Ty się podziewał tyle czasu? - woła moja mama zanim jeszcze wchodzę do salonu.
- Znalazłem pracę! - mówię ze sztuczną radością - Żarcik, żarcik... - dodaję, widząc zaskoczoną minę mamy.
- Szczerze, to mógłbyś sobie coś znaleźć, chociaż na wakacje... Jest czerwiec, najwyższy czas.
- Nie, dzięki. W wakacje będę grał w gry, leżał, spał i jeszcze leżał! I może jeszcze spał... - uśmiecham się krzywo.
- Przyszła ostatnio kartka z ocena...
- Tak, wiem, poprawię te jedynki, nie martw się o mnie - Przerwałem jej.
- Mam nadzieję. Jak nie, to możesz się pożegnać z wycieczką do Stanów! - oznajmia, śmiejąc się ze swojej przebiegłości.
- Pff... - udaję nieprzejętego, ale marzę o tych wakacjach już od dawna. Plaża, morze i upał, którego w Anglii trochę brakuje.
Muszę tam jechać - pomyślałem sobie, w podskokach udając się do swojego pokoju.

Pokój mam... dziwny. Odstający od reszty. Reszta domu utrzymana jest w stylu prowansalskim i przytulnym, a mój pokój jest nowoczesny i w żadnym stopniu nie przypomina normalnych brytyjskich pokoi. Na białych, ceglanych ścianach jest dużo obrazów (ręcznie przeze mnie malowanych) i zdjęć mnie oraz mojego psa i kota. Przy oknie dachowym znajduje się obszerne biurko, na które pada światło księżyca. Zapalam lampkę nocną, i powoli opadając na łózko biorę do ręki książkę od biologii.
"Puls Życia" - czytam w myślach tytuł i biorę się za naukę. Po około 15 minutach mojego oglądania obrazków i śmiania się z dziwnych gatunków zwierząt dostaję SMS'a od Jared'a.

"Za 15 minut w Starbucksie. Jared."

No więc tak prezentują się moje zdolności pisarskie. Krótki rozdział, ale zostawiam fajny pomysł na 3 rozdział dla mojej ukochanej współautorki. :*
Mam nadzieję, że miło się czytało. Do zobaczenia w kolejnym rozdziale pisanym przeze mnie (4.)!

12 listopada 2015

1.

  Zrobię to! Ja nie dam rady? Zawsze mi się udaje... Jak ja kocham tę adrenalinę! Zaraz zobaczą, że dalej jestem w formie! Że wszystko przede mną! - stado myśli przebiega mi przez głowę. Wiem, że większość wątpi, ale jaki problem po raz kolejny udowodnić, że jestem najlepszy? Robię to tyle czasu i cały czas żyję! Jeżeli ci idioci myślą, ze tym razem się poddam to się zdziwią!
  Staję przy budynku i patrzę do góry. Jakieś 20 metrów, dokładnie 7 pięter. Już nie mogę wytrzymać! Wkładam jedna rękę do wyrwy w murze starej kamienicy, a drugą chwytam się piorunochronu. Odwracam się i oglądam twarze wpatrzone we mnie z wyczekiwaniem. U Isaac'a widzę powątpiewanie pomieszane z wyższością, u Jared'a strach. Jeszcze chwilę napawam się tym widokiem... Bosko będzie oglądać ich miny, gdy zobaczą, że nadal potrafię! Z niechęcią odwracam się od tłumu i przygotowuję do wspinaczki. Robię pierwsze podciągnięcie. Najpierw ostrożnie, powoli. Jednak po kilku metrach moje mięśnie się rozluźniają i swobodnie wspinam się po murze. Moja noga, niby przypadkiem, obsuwa się i wiszę tylko na jednej ręce. To wystarczy, by wszystkich zmartwić. Taki efekt zawsze daje największa satysfakcję. Jeszcze 2 metry i będę na szczycie. Na szczycie budynku, ale nie tylko... Na szczycie hierarchii, która tu obowiązuje.
---

Nazywam się Ethan Roche. Mam 17 lat i żyję, a właściwie staram się przeżyć, w Londynie. Jak większość nadludzi chodzę do elitarnej szkoły, gdzie prowadzę niekończącą się walkę o jak najwyższy status. I zawsze wygrywam. Przy życiu trzymają mnie tylko dwie osoby, Jared, czyli mój najlepszy przyjaciel, i Isaac, mój największy wróg. On jedyny może zagrozić mojej popularności. Pochodzę z bogatej rodziny i mogę mieć każdą dziewczynę. Nie potrafię żyć bez adrenaliny i nagłych zwrotów akcji. Ona jest częścią mnie, normalność mnie przeraża. Czasami myślę sobie, żeby skończyć z moimi wybrykami, ale nie mogę. Jeszcze nie.

Zaczynam gnieść materiał mojej koszuli Ralph'a Lauren'a i wgapiam się w bruk. Pierwszy raz od dłuższego czasu stoję w bezruchu i myślę... Ciekawe, czy kiedykolwiek umrę na zawał od zbyt dużej ilości adrenaliny. Musi być jakiś limit...? Nie zaprzątam sobie tym głowy, mnie limity nie obowiązują. Limity są dla słabych, tych, którzy nie potrafią korzystać z życia. Nagle zdaję sobie sprawę z tego, że stoję na środku ulicy, a samochody trąbią na mnie zawzięcie, próbujący objechać mnie naokoło, bez skutku. Pokazuję środkowego palca wszystkim zirytowanym kierowcom i natychmiast usuwam się z drogi, widząc, jak po kolei wysiadają z aut, gotowi na konfrontację ze mną. Zaczynam biec, do momentu aż natrafiam na drabinę przymocowaną do szarej kamienicy. Wspinam się na sam szczyt w mgnieniu oka (niski budynek). Wieczorny wiatr zaczyna mierzwić moje nadające się już tylko do fryzjera brązowe włosy. Stoję na dachu budynku i oglądam pomarańczowe niebo, słońce, które chowa się za horyzontem, szykując się do wzejścia gdzieś w Chinach, oraz gwiazdy powoli pojawiające się na Londyńskim niebie. Zbliżam się do krańca budynku i tuż przy brzegu zamykam oczy. Niespodziewanie tracę równowagę.

Witam, z tej strony współautor tego jakże niesamowitego dzieła, które tu powstanie! Moja mega utalentowana współautorka myśli, że im szybciej położy się spać, tym lepiej będzie wyglądać rano. Ekhem, niestety bez skutku. (żarcik, żarcik)
Rozdział pisany w połowie przez nią, w połowie przeze mnie... Ja kończyłem, bo sytuacja, jaką opisałem w poprzednim zdaniu mnie do tego zmusiła! :)
Pierwszy rozdział może się wydawać trochę chaotyczny, bo pierwszy paragraf to retrospekcja, a kolejne to teraźniejszość. Mam nadzieję, że nasze wypociny się Wam spodobają. Rozdziałów będzie dużo, ale bez przesady, nie będziemy też pisać powieści :D (czytaj: tak z 500-600 rozdziałów). Na razie to chyba tyle, do zobaczenia w kolejnym rozdziale, pisanym w całości przeze mnie (wiem, wiem, nie znacie mojego imienia, przykro mi). W takim razie miłego wieczoru i dobrej nocy!

11 listopada 2015

Hejka!
Oczywiście to ja musiałam zacząć to pisać, a wiadomo, że pierwszy zawsze ma najgorzej... A więc...... To co tu będzie, to praca moja i mojego BFF. W tym momencie nie mamy tytułu, nie mamy dogadanych szczegółów i jest wielki spontan... Mimo to mam nadzieję, że wyjdzie z tego coś WIELKIEGO!

Już niedługo pierwszy rozdział, mam nadzieję, że nie tylko nam się spodoba. :D
Do napisania!