2 maja 2016

21.

   Hello! <3 Wracam też ja po przerwie. No nie powiem, dużo się pozmieniało, czas leci tak, że ledwo nad tym panujemy! :P Ale jesteśmy i działamy dalej. Wprowadziliśmy małe zmiany (niektórzy są za leniwi, żeby to napisać :* ). Od teraz ja będę pisać ze strony Elli, a Maks jako Ethan. Tak będzie prościej, ponieważ mamy różne style pisania i czasami to co piszemy się wyklucza. To tyle. Zapraszam na rozdział 21. Do następnego! <3

   -Dzwonię po taksówkę, zaczekasz? 
   -Eth, możemy się przejść? Potrzebuję chyba powietrza... - chyba, bo teraz nic nie jest na pewno. Wszystko jest chyba, może, zależy... Wyraźnie to czuję, ale nie wiem czy on zrozumie. 
   -Ale to jedenaście przecznic. Na pewno? - kurczę sie pod jego spojrzeniem, czuję się mała i słaba, bo nie mogę sobie poradzić z tym wszystkim, co mnie przygniata. 
   -Nie, nie na pewno, ale co będziemy robić cały dzień? Trochę czasu zmarnujemy, mniej będzie na myślenie. 
   -Noo, taaaa... Chodźmy. - obejmuje mnie mocno w talii, jakby potrzebował poczuć czyjeś ciepło, wziąć trochę energii dla siebie. Ale ja juz nie mam energii. Odpycham go, a do oczu napływają łzy.
   - Ella...? 
   -Wybacz, ale to nie jest chyba odpowiedni moment, żeby... 
   -Żeby się wspierać? Żeby być dla siebie? - brązowe tęczówki aż ciemnieją z gniewu i bólu. - W tej sytuacji potrzebuję Cię jeszcze bardziej. 
   -Porozmawiamy w domu. - wiem, że go uraziłam, ale emocje są teraz silniejsze. 
      Droga mija szybko, za szybko. Chociaż nie wiem jak bardzo chciałabym, żeby trwała wiecznie. Cierpię, bardzo cierpię, a jedyne co pomaga w tym cierpieniu to ranienie innych. Po przejściu jednej przecznicy ostentacyjnie zakładam słuchawki, chociaż Ethan zaczął coś mówić. To przynosi ulgę, odciąga od Jareda. 
      Gdy docieramy do domu ledwo ruszam nogami, a oczy mam spuchnięte. 'Oho, jak zaraz nie skorzystam z dobrodziejstwa ogórków, to jutro będę wyglądać jak satanista po czarnej mszy.' Już mam iść do Ethana, żeby się spytać czy posiada ogórki, ale nagle czuję szpilkę w sercu i nowa fala łez przysłania mi widok. Po co mam wyglądać dobrze? Mój chłopak i przyjaciel prawie zginął! Zamiast kuracji upiększającej funduję sobie zimny prysznic, który troszkę budzi mnie do życia. Z głowy nie mogę pozbyć się obrazu siebie na pogrzebie, odczytującą mowę pożegnalną. Było takie coś w którejś książce. Gwiazd naszych wina?? Może... Po prysznicu idę prosto do sypialni Ethana. Ciepła pościel wcale nie pomaga, ale przeciwnie, rozkleja jeszcze bardziej. Czekam na Ethana, który po ośmiu minutach przychodzi z dwoma kubkami lemoniady i jakimiś kanapkami. Nawet nie patrzę co jem. Po prostu chcę zapchać dziurę w sobie jedzeniem. Absurd, ale tak jest. 
    -Lepiej się czujesz? Potrzebujesz czegoś? - dwie godziny temu wbiłam mu nóż w serce, a on teraz z tym nożem chce mnie wspierać.   
    -Eth, nie musisz tego robić. Jestem suką bez serca, egoistką. 
    -Nie, ta sytuacja Cie przerosła, mnie też. Rozumiem. - uśmiecha się niepewnie. - Porozmawiajmy o tym.
       Wsuwa się pod kołdrę obok mnie, ale tym razem zachowuje odległość około metra. No super... 
    -Wiesz co mi chodzi po głowie? Jak człowiek jest wierzący albo ma jakiś określony punkt widzenia. Może na swojego guru zwalić odpowiedzialność, poskarżyć sie buddzie, wyżalić bogu. Mogą też czekać na cud, wierzą w to. A my teraz nie mamy na kogo zwalić winy. Ani na los, ani na fatum. Dobrze wiemy, że to nasza wina. Inaczej nie możemy tego wytłumaczyć. Rozumiesz? - wątpię, że w ogóle wie o czym mówię, ale to nic nowego. 
     -Rozumiem, to wszystko wyszło nie fair. Nie zasłużył na taką prawdę. 
     -Więc czemu mu to zrobiliśmy? 
     -Bo nie jesteśmy jasnowidzami, sami mówiliśmy, że to się na pewno nie stanie. Może próbuję sie usprawiedliwiać, ale... - głos więźnie mu w gardle. 
     -Mogliśmy chociaż... - spazm przerywa mi wpół zdania. 
     -To nie nasza wina. - jego przyciszony głos prawie ginie.
     -Masz rację, to twoja wina! To był twój pomysł, żeby mu mówić. Mogliśmy poczekać! On by żył teraz normalnie, a nie jak roślina. - histeryczny szloch miesza się z krzykiem tak, że słowa przypominają bulgot szaleńca. Nie panuję nad sobą, jestem bezsilna wobec tego co się dzieje dookoła. 
     -Ella, spokojnie, proszę cię. On nas widział. W tą noc z Twisterem. Kłamstwa i półprawdy nic by nie pomogły. On będzie żył normalnie, obiecuję. Będzie chodził, śmiał się, pływał, skakał. Będzie jak wczesniej. Obiecuję, skarbie, obiecuję. 
     -Nie chcę twoich obietnic, chcę go mieć przy sobie. Był moim przyjacielem. Chcę go tutaj!!! - łzy płyną ciurkiem, a ja zsuwam się z łóżka i siadam z kolanami pod brodą. Płacz zagłusza wszystko, jest lepszy niż wszystko i wszyscy. Łzy są jak ludzie. Pozwalają wyrzucić nadmiar emocji, ale czasami łez brakuje. Są nieczułe na ból. Czasami zostaje jedna, której nie umiemy docenić, którą odtrącamy i nie chcemy jej pomocy. 
     -Ella... Chodź tu, przytul się. 
  ...której nie umiemy docenić... 
     -Proszę cię, zrobię wszystko, żeby to kurewstwo sie skończyło na zawsze.
  ...łzy są jak ludzie...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękujemy za pozytywne komentarze, jak i krytykę. Przyjmujemy wszelkie sugestie i rady. :)