Hey, hey, hello! Witam po długiej przerwie... Nie miejcie nam tego za złe, przygotowania do Świąt, same Święta i wypad w rodzinne strony. Dzisiaj po tylu dniach w końcu znalazłem czas, aby coś napisać. Tym razem rozdział z punktu widzenia Jareda. Zapraszam do czytania i życzę miłego wieczoru.
Nerwowym ruchem przekręcam kluczyki, po czym z impetem wybiegam z auta, kierując się w stronę stojącej niedaleko Elli. Moje ciało ogarnia furia. Czuję, jak moja twarz nabiera bordowego koloru. Gdy znajduję się twarzą w twarz z rudowłosą, rzucam jej spojrzenie pełne obrzydzenia.
- Jared, co się stało? - pyta zatroskanym głosem. - Wyglądasz na zdenerwowanego.
Brawo, Sherlocku. Prycham i posyłam jej sarkastyczny uśmiech.
- Nic się nie stało... Troszkę posmutniałem, bo pewna suka zdradziła mnie z moim najlepszym kumplem, ale ogólnie to wszystko w porządku. Chcesz porozmawiać przy kawce i poplotkować o chłopcach? Możemy się wybrać do galerii. - Sarkazm w moim głosie jest wyczuwalny na kilometr. Zatroskanie Elli znika i tym razem to ona czerwienieje, najwyraźniej z zawstydzenia. Jej zaszklone oczy latają ze wściekłością, a dłonie dygoczą.
- To nie... tak... jak... myślisz. - Tłumaczy się, zachrypniętym i łamiącym się głosem.
- Sranie w banię. Myślisz, że nabiorę się na taki shit? Nie jestem idiotą, widzę, co się dzieje między wami. Zresztą, Ethan mi wszystko powiedział.
Widząc jej zaskoczoną minę, kontynuuję.
- No co się gapisz jak sroka w gnat? Twój kochanek nie dotrzymał danego Ci słowa, przykro mi. - Mówię z udawanym smutkiem. - Myślałaś, że się nie dowiem. Pamiętasz jak poszedłem po Twister'a na strych? - Uśmiecham się drwiąco. - Pamiętasz czy nie?!
Ella lekko kiwa głową, zbyt roztrzęsiona by cokolwiek powiedzieć.
- Wszystko widziałem. Wasze słodkie pocałunki, zrzucanie ciuszków i niedoszły seks. Nie znaleźliście gumki? - Śmieję się cicho. - No. To by było na tyle. Powiedz mu, że zabieram to cacko - wskazuję palcem na lśniącego Range Rover'a, - na jakiś czas.
Zadowolony ze swojej przebiegłości i pewności siebie, powoli zmierzam do auta, machając Elli na pożegnanie. Zostawiam ją na chodniku, zapłakaną i niezdolną do ruchu, i z piskiem opon odjeżdżam z miejsca naszej konwersacji.
W nieubłaganie dłużącej się drodze do Starbucks'a myślę o mojej byłej dziewczynie. Zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę mnie zdradziła. Było jej ze mną aż tak źle? Co, byłem zły w łóżku? Może nie poświęcałem jej tyle czasu, ile powinienem... Ocierając dłonią pierwsze łzy, sięgam do kieszeni, z której wyciągam srebrny pierścionek z diamentem, który jeszcze niedawno miałem w planach wręczyć Elli. Od dawna planowałem się jej oświadczyć. Chciałem spędzić z nią resztę swojego życia, założyć z nią rodzinę, wprowadzić się do własnego domu. Chciałem, żeby była szczęśliwa ze mną. A teraz co? Dowiaduję się o zdradzie. I to z kim... Zatrzymuję się na poboczu i wychodzę z auta, ściskając w pięści pierścionek.
- Brzydzę się tobą, Ello Henderson - mówię do siebie połgłosem - Okrutnie się tobą brzydzę. Zapłacisz mi za to, co zrobiłaś. Już niedługo.
Złowieszczo chichocząc, zagłębiam się w las i chwilę potem zatrzymuję się, spoglądając w dół do wykopanego wcześniej dołu. Bez zawahania wrzucam tam diamentowy pierścionek i wracam do samochodu. Ella nawet się nie spodziewa, co mam w zanadrzu. Ponawiam diaboliczny śmiech i odjeżdżam.
30 minut później
Ni stąd ni zowąd, na niebie pojawiają się czarne chmury, zwiastujące burzę. Dziwię się, że akurat teraz będzie burza. Ostatni raz w Londynie trzaskało piorunami kilka miesięcy temu. Gruba pierzyna przykryła już całe niebo, gdy w oddali dostrzegam jasny zygzak. Chwilę potem rozlega się dźwięk potwornego grzmienia, poprzedzonego powolnym pokropywaniem deszczu. Fantastycznie, myślę. Zwiększam prędkość, chcąc wymigać się z jazdy w deszczu. Dopada mnie mimo wszystko. Nawierzchnia staje się śliska, w związku z tym włączam tryb 4x4. Słońce zaczyna zachodzić, zwiastując nastanie nocy. Jeszcze lepiej. Włączam światła długie, żeby nie oślepnąć w tej szarówce. Gdy wymijam auto gwałtownie zwalniające przede mną, spostrzegam auto nadjeżdżające z przeciwnej strony. Próbuję zahamować, zawzięcie wciskając pedał hamulca, bez skutku. Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że jest za późno. Masywny Jeep Commander wbija się w przód mojego wozu. Poduszki powietrzne się otwierają, a moja głowa uderza w przednią szybę, tłukąc ją. Czuję, jak tracę kontakt z rzeczywistością...
Otwieram powoli oczy. Oślepiające światło przeszywa moje gałki oczne, zmuszając mnie do ponownego ich zamknięcia. Po chwili mrużenia ich, moje oczy przyzwyczajają się do kilku reflektorów zwisających z nieba. Przekręcam głowę o parę centymetrów w lewo, próbując dostrzec maszynę, z której dobiega donośne pip. Monitor EKG... Czyli jestem w szpitalu. Gdy okręcam głowę w drugą stronę, zaczynam czuć nieznośny, pulsujący ból w mojej czaszce. Wydaję z siebie krótki jęk i próbuję unieść ręce, aby pomasować skronie. Ani drgną. Zaczynam panikować. Wiercę się na łóżku szpitalnym i z całych sił próbuję poruszyć dłońmi. Nadal nic. Ból głowy się nasila, a ja wołam pielęgniarkę, oczekując natychmiastowej reakcji.
- Nie spieszcie się, ja poczekam, - wykrzykuję z jadem w głosie. - przyjdzie tu ktoś?!
Po kilku minutach szamotaniny i wołania o pomoc, do pokoju pospiesznie wkracza, Siostra Dorota. Phi.
- Co pan wyprawia?! - rzuca agresywnym tonem. - Ma pan leżeć i się nie...
- Nie mogę ruszyć rękami! - przerywam jej.
- Pańskie ręce są sparaliżowane po wypadku. Za kilka godzin wszystko powinno wrócić do normy. - odpowiada jakby od niechcenia.
- Zaraz, zaraz... Jakim znowu wypadku? - pytam, marszcząc czoło.
- No jak to... Nie, tylko nie to! Jak się pan nazywa?
- Ale po co...
- Jak się pan nazywa?! - ponawia pytanie, zdesperowanym głosem.
Tak szczerze to nie wiedziałem, czy Thomas czy James... a może Zack?
- Yyy... nie wiem jak się nazywam. A powinienem?
- Matko Boska... Amnezja powypadkowa. Muszę się skontaktować z lekarzem. Proszę tu leżeć do mojego powrotu!
Wypadaa jak poparzona i zostawia mnie samego w białej szpitalnej sali. Znając życie, pewnie psychiatryka. Pytanie brzmi: Jak ja się tam znalazłem? Nie pamiętam nic od obudzenia się, ani jak się tu znalazłem, ani co było przed wypadkiem... Wypadkiem... Jakim wypadkiem? Miałem wypadek? Muszę się jak najszybciej dowiedzieć... Ale może najpierw się trochę zdrzemnę. Sen dobrze mi zrobi. Zaraz potem zasypiam w głęboki sen i śnię o rudowłosej dziewczynie. Budzą mnie odgłosy konwersacij dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pyta zapłakany, młody chłopak.
- Panie Roche - stwierdzam, że to pan doktor - obawiam się, że szanse na przeżycie pańskiego kolegi są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona, więc jeśli w ciągu kilku następnych minut nie rozpoczniemy opercji, pacjent nie przeżyje.
Pacjent nie przeżyje.
Mogę umrzeć.
1 stycznia 2016
18 grudnia 2015
17.
Hejka!
Wreszcie znalazłam czas, żeby coś dodać. Baaaardzo długa przerwa, bo szkoła, nauka, konkursy, egzaminy, ale nie zapominamy o blogu. Poza tym staramy się pisać trochę dłuższe i bardziej dopracowane rozdziały. :P W tym rozdziale znowu przeżycia Elli. Zapraszam i miłego weekendu!! <3
Wreszcie znalazłam czas, żeby coś dodać. Baaaardzo długa przerwa, bo szkoła, nauka, konkursy, egzaminy, ale nie zapominamy o blogu. Poza tym staramy się pisać trochę dłuższe i bardziej dopracowane rozdziały. :P W tym rozdziale znowu przeżycia Elli. Zapraszam i miłego weekendu!! <3
---
Znowu... Ten sam scenariusz co cztery miesiące temu. Jazda radiowozem przez ulice Londynu, znowu strach, znowu łzy. Patrzę w okno i obserwuję zmieniające się światła wielkiego miasta, które po chwili zlewają się w jedno i nic już nie widzę. Odliczam ostatnie minuty wolności, które mi pozostały. Ile razy jeszcze będę przechodziła przez to piekło? Czemu ktoś nie pomoże mi i nie zrobi czegoś, czegokolwiek, żeby cierpiał winny? Gdzie, do cholery, jest Ethan? Gdzie Jared? Mają gdzieś to, co się ze mną dzieje! O nie, komenda... Teraz się zacznie!
Powoli, skutą w kajdanki, prowadzą mnie do budynku, w którym podjęta zostanie decyzja. Już nie będzie sądów, kuratorów, obrońców... Będzie wyrok i Prison Belmarsh. Gdy wchodzimy do środka pierwsze co widzę to komendant główny, który siedzi przy biurku i patrzy nieprzeniknionym spojrzeniem w moje oczy. Rozpoznaję go od razu: wysoki barczysty mężczyzna, z lekkim zarostem i włosami na jeża. Jacob Moran...
-Ella Henderson! Gdzie pani uciekła? Nie było miło w więzieniu? - pyta głosem, z którego kapie ironia.
-Ani trochę! - cedzę przez zaciśnięte zęby - Nie będę siedzieć za winy innych, zrozumiesz to w końcu?! Jakbyście ruszyli się i coś zrobili w tej sprawie, może znalazły by się dowody! Ale siedzenie i popijanie kawki jeszcze nie rozwiązało żadnego śledztwa.
-Widzę, ze więzienie nie stępiło ci języka, Henderson. Po co ci było uciekać? Nic miłego z tego nie wyjdzie. A co do Isaac'a Sullivana to już go przesłuchiwaliśmy kilka razy i nic to nie udowodniło. Masz jakieś dowody? - jego kpina i wrodzone okrucieństwo dźwięczy mi w uszach, przez co łzy po raz kolejny napływają do oczu. Jednak z tym tyranem w mundurze się nie dyskutuje, tylko czeka na wyrok. Nie można też pokazywać słabości, więc powstrzymuję płacz i nadal patrzę mu twardo w oczy.
-Miałam, ale nie obeszło was to. Dzwoń do ochrony Prison i spytaj się co znaleźli w celi 47.
-Uuuuuu... Nasz Sherlock coś znalazł. Proszę bardzo! Już dzwonię. - podnosi telefon i wybiera numer. Chwilę mówi coś przyciszonym głosem, ale na twarzy widać malujący się szacunek i... coś, jakby strach. Nagle wychodzi z pokoju zdenerwowany jak nigdy. Rozglądam się po uporządkowanym biurku. Leżą na nim dwie kartoteki: 'Ella Henderson', 'Isaac Sullivan'. Obydwie są tak odłożone, że mogę przeczytać co jest napisane. U Isaac'a widać duże 'GŁÓWNY PODEJRZANY'. W mojej, okrągłym pismem, widnieje wyraźne 'DO WYJAŚNIENIA'. Fala radości zaczyna mnie powoli zalewać i nie mogę powstrzymać śmiechu.
Po 5 minutach wraca Moran. Jest wściekły, ale też zmieszany.
-I co? - zagaduję znudzonym głosem.
-Nie masz prawa mieszać się w sprawy śledztwa! - wrzeszczy i widać, ze czuje się winny. Jestem już prawie spokojna, ale nie mam pojęcia co się stanie dalej.
Po półgodzinie bezczynnego siedzenia i milczenia, na komendę wpada dyrektor więzienia. Za nim dwaj policjanci wprowadzają Isaac'a. Jest poddenerwowany, a jego pewność siebie wyparowała. Oczy ma rozbiegane i chyba nie orientuje się w sytuacji. Nasze spojrzenia się spotykają i dopiero wtedy staje się znowu bezwzględny, a wściekłość rozlewa mu się po twarzy. Siada na krześle obok i gdyby nie kajdanki, które uniemożliwiają ruchy, chętnie rzuciłby się na mnie.
-Sullivan, jak to się stało, że Henderson trafiła do więzienia za ciebie? - irytacja Morana rośnie z każdym słowem.
-Nie było trudno wam to wcisnąć. Rzuciliście się na jedną słabą wskazówkę i od razu wydaliście wyrok. Idioci, którzy nie wysilą się, żeby winny był ukarany. Wsadzacie, kogo wam przyprowadzą. - twarz Isaac'a znowu wyraża obojętność.
-NIE MÓWI SIĘ TAK DO FUNKCJONARIUSZA! - Moran, cały czerwony ze złości, łapie chłopaka za ramię i potrząsa nim energicznie. - Wyprowadźcie go! - wyczerpany opada na fotel, ale szybko wraca do siebie i wlepia we mnie wzrok. Milczymy, ale nie przestajemy siłować się na spojrzenia.
-Będziesz się tak na mnie gapił, Moran, czy powiesz co teraz?
-Podpisz tutaj i jesteś... wolna. - chyba rzadko wypowiada to słowo.
Ze zdenerwowania ręce trzęsą mi się jak nigdy, ale udaje mi się złożyć w miarę czytelny podpis. Jeszcze czekam na zdjęcie kajdanków i jestem wolna.
-Rozprawa będzie 18. Żegnam!
-Bye, Moran! - rzucam i już mnie nie ma. Wychodzę i pierwszy raz od pół roku czuję, że naprawdę żyję i nie mam nic, czego mogłabym się bać. Wreszcie mogę odetchnąć swobodnie, przestać martwić się tym co będzie i czy w ogóle będzie. W mojej głowie wiruje jedna myśl. JESTEM WOLNA!!!
W tej chwili pod posterunek podjeżdża Range Rover Ethan'a. Jednak ze środka wychodzi czerwony ze złości Jared.
-Widzę, ze więzienie nie stępiło ci języka, Henderson. Po co ci było uciekać? Nic miłego z tego nie wyjdzie. A co do Isaac'a Sullivana to już go przesłuchiwaliśmy kilka razy i nic to nie udowodniło. Masz jakieś dowody? - jego kpina i wrodzone okrucieństwo dźwięczy mi w uszach, przez co łzy po raz kolejny napływają do oczu. Jednak z tym tyranem w mundurze się nie dyskutuje, tylko czeka na wyrok. Nie można też pokazywać słabości, więc powstrzymuję płacz i nadal patrzę mu twardo w oczy.
-Miałam, ale nie obeszło was to. Dzwoń do ochrony Prison i spytaj się co znaleźli w celi 47.
-Uuuuuu... Nasz Sherlock coś znalazł. Proszę bardzo! Już dzwonię. - podnosi telefon i wybiera numer. Chwilę mówi coś przyciszonym głosem, ale na twarzy widać malujący się szacunek i... coś, jakby strach. Nagle wychodzi z pokoju zdenerwowany jak nigdy. Rozglądam się po uporządkowanym biurku. Leżą na nim dwie kartoteki: 'Ella Henderson', 'Isaac Sullivan'. Obydwie są tak odłożone, że mogę przeczytać co jest napisane. U Isaac'a widać duże 'GŁÓWNY PODEJRZANY'. W mojej, okrągłym pismem, widnieje wyraźne 'DO WYJAŚNIENIA'. Fala radości zaczyna mnie powoli zalewać i nie mogę powstrzymać śmiechu.
Po 5 minutach wraca Moran. Jest wściekły, ale też zmieszany.
-I co? - zagaduję znudzonym głosem.
-Nie masz prawa mieszać się w sprawy śledztwa! - wrzeszczy i widać, ze czuje się winny. Jestem już prawie spokojna, ale nie mam pojęcia co się stanie dalej.
Po półgodzinie bezczynnego siedzenia i milczenia, na komendę wpada dyrektor więzienia. Za nim dwaj policjanci wprowadzają Isaac'a. Jest poddenerwowany, a jego pewność siebie wyparowała. Oczy ma rozbiegane i chyba nie orientuje się w sytuacji. Nasze spojrzenia się spotykają i dopiero wtedy staje się znowu bezwzględny, a wściekłość rozlewa mu się po twarzy. Siada na krześle obok i gdyby nie kajdanki, które uniemożliwiają ruchy, chętnie rzuciłby się na mnie.
-Sullivan, jak to się stało, że Henderson trafiła do więzienia za ciebie? - irytacja Morana rośnie z każdym słowem.
-Nie było trudno wam to wcisnąć. Rzuciliście się na jedną słabą wskazówkę i od razu wydaliście wyrok. Idioci, którzy nie wysilą się, żeby winny był ukarany. Wsadzacie, kogo wam przyprowadzą. - twarz Isaac'a znowu wyraża obojętność.
-NIE MÓWI SIĘ TAK DO FUNKCJONARIUSZA! - Moran, cały czerwony ze złości, łapie chłopaka za ramię i potrząsa nim energicznie. - Wyprowadźcie go! - wyczerpany opada na fotel, ale szybko wraca do siebie i wlepia we mnie wzrok. Milczymy, ale nie przestajemy siłować się na spojrzenia.
-Będziesz się tak na mnie gapił, Moran, czy powiesz co teraz?
-Podpisz tutaj i jesteś... wolna. - chyba rzadko wypowiada to słowo.
Ze zdenerwowania ręce trzęsą mi się jak nigdy, ale udaje mi się złożyć w miarę czytelny podpis. Jeszcze czekam na zdjęcie kajdanków i jestem wolna.
-Rozprawa będzie 18. Żegnam!
-Bye, Moran! - rzucam i już mnie nie ma. Wychodzę i pierwszy raz od pół roku czuję, że naprawdę żyję i nie mam nic, czego mogłabym się bać. Wreszcie mogę odetchnąć swobodnie, przestać martwić się tym co będzie i czy w ogóle będzie. W mojej głowie wiruje jedna myśl. JESTEM WOLNA!!!
W tej chwili pod posterunek podjeżdża Range Rover Ethan'a. Jednak ze środka wychodzi czerwony ze złości Jared.
2 grudnia 2015
16.
Elo elo siemandero! Uszczypnijcie mnie, bo nie wierzę, że to już 16 rozdział! Tyle się zmieniło od pierwszego rozdziału, że szok... I bardzo gorąco dziękuję za ponad 1000 wyświetleń, nie minęły jeszcze 3 tygodnie, a 1526 (obecna liczba wyświetleń) to naprawdę dużo jak na takich dwóch półgłówków. xD W tym rozdziale jedna poważna rozmowa. Proszę o wyrozumiałość... brak weny nie pozwala na pisanie długich rozdziałów. :(
Pozdrawiam i zapraszam do czytania!
W smutnej ciszy ogarniającej mój samochód podjeżdżamy pod dom Elli, aby poinformować jej brata o tym, co miało miejsce kilka godzin temu. Slalomem docieramy do drzwi i zatrzymujemy się tuż przy wejściu. Wzdycham, świdrując wzrokiem Jared'a, wciąż nie zdając sobie sprawy z tego, że Elli nie ma z nami.
- Jared?
Wsłuchuję się w powolne oddychanie mojego kolegi i oczekuję skinienia głowy. Mimo to, kontynuuję.
- Wiesz... Może pojedziemy do mnie? Mamy nie ma w domu, a musimy pogadać. Coś mi nie daje spokoju i chyba powinieneś wiedzieć... - czerwienię się, widząc jak Jared marszczy czoło.
- O co chodzi, Ethan? - pyta stanowczo.
- To długa historia i na pewno nie powinieneś jej usłyszeć przed domem Elli - mówię bez przekonania.
Jared kieruje się z powrotem do samochodu, a ja biegnę za nim, próbując go dogonić.
- Dobra, jedźmy. I tak nie mam ochoty na ploteczki przy kawuni z rozpuszczonym braciszkiem Elli. - prostuje Jared i śmieję się niezręcznie. Modlę się o to, żebym przeżył po tej rozmowie.
Niczym Struś Pędziwiatr zmierza do mojego domu, ja zaraz za Jared'em. Po upływie 10 minut parzę herbatę i usadawiam się wygodnie na fotelu na przeciwko niego. Nie wiem od czego zacząć i nerwowo zaczynam miętolić moją koszulę, jak zawsze, gdy się denerwuję.
- No to... o czym chciałeś porozmawiać? - zaczyna Jared, przerywając niezręczną ciszę.
- O Elli - informuję go, nie potrafiąc spojrzeć mu w oczy. Po chwili spoglądam na niego, widząc zmarszczone czoło - chodzi o to, że nie byłem do końca szczery, jeśli chodzi o moją relację z Ellą... Ostatnio nie spałem w nocy i rozmyślałem o tym, co jeszcze przed paroma nocami miało miejsce...
- Ethan, do rzeczy! - pogania mnie.
- Ugh... No bo... Nie wiem... całowałem się z Ellą! - w momencie przykrywam dłońmi swoją buzię, a oczy rozszerzają mi się ze zdziwienia. Nie wierzę, że to powiedziałem! - przeklinam się w duchu. Oglądam reakcję Jared'a. Siedzi w bezruchu, gapiąc się na punkt znajdujący się na stoliku kawowym. Po chwili wstaje i po prostu wychodzi.
Wybiegam za nim, próbując go dogonić, ale po Jaredzie ani śladu. Zostaje tylko kurz i puste miejsce na podjeździe. CHWILECZKĘ! Jeżeli na podjeździe jest puste miejsce to... A ten ciul! Wyciągam z kieszeni telefon i dzwonię po taksówkę.
- Witamy! Niestety w chwili obecnej wszystkie taksówki są zajęte. Prosimy zadzwonić później.
- A jeb się, pójdę na piechotę.
- Przepraszam bardz... - urywam sygnał i śmieję się ze swojej głupoty. Postanawiam jednak wrócić do domu i włączam telewizję, zasiadając po raz drugi na fotelu. Akurat leci mecz mojego ulubionego klubu. Fantastycznie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)