Witam! Wow, pierwszy raz od wieków mam przyjemność się z Wami przywitać. :D Kilka miesięcy minęło od ostatniego rozdziału... Tłumaczyć się nie będziemy, brak czasu po prostu daje w kość! Cieszymy się, że wracamy na stare śmiecie, mamy nadzieję, że nie tylko my! Łapcie 20 rozdział, miłego czytania i dobrej nocy.
Przez całą drogę do szpitala trzymałem Ellę za rękę, mocno ją ściskając. Nie mogę znieść myśli, że Jared przeze mnie miał wypadek.
- To nie Twoja wina... - zaczęła Ella, wyraźnie czytając mi w myślach. - To się mogło przydarzyć każdemu. Powiedziałeś mu prawdę, którą powinniśmy mu wyznać już dawno... Nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze.
Jak mogłem się nie przejmować?! Mój najlepszy przyjaciel miał wypadek, i nawet nie wiem, co się z nim teraz dzieje. Z frustracją spowodowaną jej słowami, cofam niesfornie rękę, dostrzegając na niej pot. Ella wzdycha cicho, chowając twarz w dłoniach. Spoglądam w okno. Puste ulice. Brudne, niezamiecione chodniki i stare, ledwo świecące lampy. Kiedyś miasto moich marzeń. Dzisiaj miasto, w którym przytrafiają się same nieszczęścia. W momencie czuję chęć wydostania się stąd.
- Ella? - Odwracam głowę tak, że patrzymy sobie w oczy. - Uciekniemy kiedyś stąd?
- Nawet na koniec świata... ale najpierw muszę załatwić kilka spraw.
Nasza konwersacja się urywa, gdyż przed nami pojawia się duży budynek z napisem "Szpital miejski". Kto by pomyślał. Pospiesznie wychodzimy z auta, nie przejmując się niewydaną resztą i w momencie docieramy do głównych drzwi. Jak na szpital to jest tu całkiem luksusowo. Czyste marmurowe podłogi, bogato zdobiona poczekalnia. Z tego co widzę to sprzątaczki na zarobki nie narzekają. Gdy odnajduję rejestrację, język nieoczekiwanie zaczyna mi się plątać.
- Dzie-eńdobrryszukampanajaredadawsona - moje słowa zlepiły się w jeden wyraz. Patrząc na wzniesione ku górze brwi pani w okienku, domyślam się, że nie zrozumiała nic a nic. Powtarzam nieco wolniej, lecz mój słynny brak cierpliwości jest zauważalny z kilometra.
- Pan jest rodziną? - Pyta z powątpiewaniem.
- Tak... Tak, jestem jego kuzynem. Przyjechałem z siostrą. - Stwierdzam, na chwilę udając opanowanego. Co jak co, ale aktor to ze mnie zajebisty.
- Jared Dawson... Już szukam... Kurczę... O! Pokój 113, trzecie piętro. Jest w ciężkim stanie, radzę nie wchodzić do pokoju. - Nas już tam nie było.
W pośpiechu wskakujemy do windy, przy okazji wpadając w nadzianą sprzątaczkę. Teraz mnie to zgrzewa, chcę się tylko dostać do pokoju 113. Ella spogląda na mnie, wsłuchując się w niezręczną muzyczkę w windzie. Czemu ona tak wolno jedzie?!
Trzecie piętro wygląda jeszcze lepiej od rejestracji, co jest zaskakujące. Nawet nie śmierdzi emerytami i ich pieluchami. Po kolei odliczamy numery pokoi dopóki nie znajdujemy tego, który najbardziej nas interesuje. Przed nim grupka lekarzy urządziła sobie spotkanie towarzyskie.
- Co się dzieje z Jaredem? - Pytam ich z rozbieganym wzrokiem. Spoglądają na mnie, jakby co najmniej ujrzeli Jezusa. - Coś nie tak? Mam coś na twarzy?
- Państwo są...
-...rodziną Jareda. - Dokończyła za mnie Ella.
Spoglądnąłem na nią z wdzięcznością. Doktorek nr 1 również wymienił spojrzenia z Doktorkiem nr 2 i Doktorkiem nr 3. W końcu wpuszczają mnie do środka, zatrzymując Ellę na zewnątrz. Jared wygląda fatalnie. Nie widzę jego prawdziwej twarzy przez rany i krwiaki rozmieszczone po całym jego ciele. Czuję, jak puls mi przyspiesza, a przed oczami pojawiają się mroczki.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pytam Doktorka.
- Panie Roche... - Zaczyna. - Obawiam się, że szanse na przeżycie są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona. On może po prostu nigdy się nie obudzić. Przykro mi.
Wycofuję się powoli, nie chcąc nikomu zrobić krzywdy. Głowa mi pulsuje, a wściekłość się nasila. W tym momencie mam ochotę skoczyć z dachu, z którego zazwyczaj podziwiam widoki. Tyle razem przeszliśmy i teraz okazuje się, że jego szanse na przeżycie są nikłe? Że też akurat on musiał mieć ten wypadek, a nie ja. Wychodzę z sali, znajdując zapłakaną Ellę po drugiej stronie korytarza. Otwieram usta, lecz ona mi przerywa...
- Ja wiem już wszystko... Ethan, co jak on się nigdy nie obudzi? Ja nie będę miała odwagi wygłaszać mowy na jego pogrzebie. Nie mam na to siły, rozumiesz?
- Nikt nie będzie wygłaszał żadnej mowy, obiecuję. Obudzi się i będzie wszystko jak dawniej, zobaczysz.
W tym momencie ujrzałem jej oczy, zaczerwienione i przekrwione. Odruchowo wziąłem ją w ramiona, a ona położyła mi głowę na piersi, cicho szlochając.
- Obiecujesz? - Pyta łamiącym głosem.
- Obiecuję. - Całuję ją w czoło i przyciągam bliżej.
Postanowiliśmy zostać w szpitalu do wieczora, czekając na cud.
- Państwo Roche... Halo! Proszę się obudzić. - Słyszę przeraźliwe wrzaski Doktorka nr 2 i od razu wstaję na równe nogi, zrzucając z siebie Ellę w pośpiechu.
- Ethan, co do cholery! - Spogląda na mnie, jak niedźwiedź na swoją ofiarę. Totalnie ją ignoruję, słuchając teraz tylko Doktorka.
- Pan Dawson... Jego palec się poruszył. Nie wiem czy to czysty przypadek czy może jego organizm się budzi, ale pomyślałem, że może Państwa to zainteresować. Tak w ogóle, to jest 9 rano. Radziłbym Wam iść do domu i wrócić za kilka godzin, bo na razie tylko to przykuło moją uwagę.
Ella i ja ruszamy dzikim pędem w stronę pokoju 113, myśląc, że może jego stan się poprawia, ale Jared jak leżał, tak leży dalej. Siadamy obok niego na łóżku, patrząc tępym wzrokiem na jego okrągła twarz. Bladą, niewzruszoną twarz. W pewnym momencie dałbym głowę, że jego lewa powieka lekko drgnęła. Może mam zwidy od niewyspania.
- Ethan, pojedźmy do Ciebie odpocząć. Oboje jesteśmy niewyspani, a on na razie nie zamierza się budzić. Dajmy mu czas. - Stwierdza moja towarzyszka. - Słyszysz? - Dopowiada, nie doczekawszy się odzewu z mojej strony.
- Spoko. Jedźmy. - Odpowiadam, wpychając włosy pod czapkę beanie. - Przyjedziemy jutro.
Ruszamy, zostawiając Jareda samego z bandą dających nadzieje 'cudotwórców', potocznie zwanych lekarzami.
24 kwietnia 2016
2 stycznia 2016
19.
Hejka! To znowu ja! Rozdział znowu ze strony Ethana. Jest do pewnego momentu, bo reszta było wyjaśniona w poprzednim. Mam nadzieje, że się podoba! :D Zapraszam na ten, jak i kolejny rozdział pisany przez niezastąpionego (ykhm) Maksa. Do zobaczenia! :* <3
-Roche, bierz się w garść! - głos mi się łamie, ale zdanie wypowiedziałem dość głośno.
-Co jest, Eth? - matka od razu staje w drzwiach.
-Nic, wychodzę.
-Jest po północy. Ostatnio nie ma cię ani na chwilę w domu.
-Chyba teraz się to zmieni - mówię tak przygnębionym głosem, że matka patrzy na mnie pytającym wzrokiem. - Nie wiem kiedy wrócę, ale może to trochę potrwać, pa!
-Uważaj na siebie!
Wychodzę z domu z głębokim postanowieniem i ruszam do Range Rover'a. Dopiero puste miejsce w garażu przypomina mi o tym, co się działo wcześniej. Super, będę się tłuc taksówką! Wyciągam telefon i dzwonię po transport. Po jakichś 20 minutach jest wreszcie pod moim domem, a ja przeklinam pod nosem. Gdybym miał auto przy sobie już dawno byłbym przy Elli. Z prędkością światła wsiadam do taksówki.
-Na posterunek Metropolitan Police. - rzucam szybko i wręczam kierowcy dwa banknoty. Facet bez słowa rusza, a ja znowu mam za dużo czasu na myślenie. Wyrzuty dopadają mnie od razu, jak tylko znajdę dla nich chwilę. Zagłuszam je, a raczej staram się zagłuszyć, muzyką. Nawet słuchawki nie są w stanie pokonać myśli, które w tej chwili wbijają mi się w mózg. Gdzie jest ten cholerny posterunek? wrzeszczę w myślach. Staram się skupić na piosence Troya i na obserwowaniu Londynu, miasta w wiecznym ruchu. To mnie wycisza. Londyn jest magicznym miejscem.
Po półgodzinie jesteśmy na miejscu. Pierwsze co rzuca się w oczy to rudowłosa dziewczyna, siedząca na krawężniku. Jej oczy są pełne łez, ręce bezwładnie opadają, a wiatr rozwiewa włosy we wszystkie strony. Nawet nie podnosi głowy gdy wysiada. Pierwsza myśl to, że gdyby ktoś chciał jej coś zrobić, nawet by nie zareagowała. Dopiero po chwili przypominam sobie przez kogo ona płacze. Mam ochotę się zastrzelić.
-Ella1 - i nie wiem co dalej. Co mam jej powiedzieć? Pewnie mnie nienawidzi za to wszystko. Podchodzę powoli i siadam pół metra od niej. Dopiero wtedy podnosi głowę i... wtula się we mnie.
-Ethan, jesteś... - mówi słabym, smutnym głosem. Obejmuję ja ramieniem.
-Jak się czujesz? - Wiem, że to głupie pytanie, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy.
-Szkoda, że to już koniec. Było cudownie. Ale my, Ethan... To co innego. Nie żałuję tego, co było między nami, ale mogliśmy mu wcześniej powiedzieć. To było nieuczciwe, a on teraz cierpi przez nas.
-Wiem, chciałbym wiedzieć co się z nam dzieje. Mam przed oczami pełno scen z książek, jak po zerwaniu, jadąc autem, ludzie wjeżdżają w drzewa, powodują wypadki drogowe, w amoku okaleczają sami siebie... Nawet nieumyślnie. Przepraszam, że to mówię, ale denerwuję się. Wiem, że to mało prawdopodobne i zdarza się tylko w filmach. Nie ma się co martwić. Będzie okay.
-Ethan, pokochałam cię... Przez kilka dni, które spędziliśmy razem, przez wspólna tajemnice, przez każde słowo skierowane do mnie... Po prostu, kocham cię!
-Wiem, ja już.... Czekaj, co?! Teraz? - robię z siebie idiotę jak zwykle. Powoli dociera do mnie to co powiedziała. Dobrze wiem, że nie jest dla mnie tylko przyjaciółką, ale nie wydaje mi się, żeby okoliczności były sprzyjające. - Wiesz, że ja też. Sorry z a reakcję. Trochę mnie zasko...
Telefon przerwał mi wpół słowa. Nr. prywatny. Zazwyczaj nie odbieram od prywatnych, ale tym razem czułem, ze powinienem
-Tak, słucham? O co chodzi? CO? Już jedziemy! Tak, ale daleko. Przyjacielem. Do widzenia. Będziemy za pół godziny. Do widzenia!
-Kto to?
-Jared miał wypadek. Jest w szpitalu. Musimy jechać.
-Coooo? Jaja sobie robisz?! To ma być aluzja do tego co przedtem mówiłeś? Mało śmieszne!
-Nie, to prawda! Dzwonię po taksówkę.
---
Mecz się skończył, a w głowie szumi mi od emocji. Z pamięci nie mogę pozbyć się twarzy Jareda. Co było w jego oczach? Złość? Może jakaś część, ale też coś więcej. Żal? Ledwie widoczny, zatarty przez coś większego. Pustkę. Jakby ktoś go wyjął z życia, a za tło dał pustą kartkę. Wolałbym dostać od niego w twarz, niż patrzyć w te oczy bez wyrazu, jak oczy umarłego. On bez niej nie żyje. Powoli zaczynam żałować tego, że mu cokolwiek powiedziałem. A może już wcześniej wiedział, ale nie do końca chciał w to wierzyć? Trzeba ich znaleźć!-Roche, bierz się w garść! - głos mi się łamie, ale zdanie wypowiedziałem dość głośno.
-Co jest, Eth? - matka od razu staje w drzwiach.
-Nic, wychodzę.
-Jest po północy. Ostatnio nie ma cię ani na chwilę w domu.
-Chyba teraz się to zmieni - mówię tak przygnębionym głosem, że matka patrzy na mnie pytającym wzrokiem. - Nie wiem kiedy wrócę, ale może to trochę potrwać, pa!
-Uważaj na siebie!
Wychodzę z domu z głębokim postanowieniem i ruszam do Range Rover'a. Dopiero puste miejsce w garażu przypomina mi o tym, co się działo wcześniej. Super, będę się tłuc taksówką! Wyciągam telefon i dzwonię po transport. Po jakichś 20 minutach jest wreszcie pod moim domem, a ja przeklinam pod nosem. Gdybym miał auto przy sobie już dawno byłbym przy Elli. Z prędkością światła wsiadam do taksówki.
-Na posterunek Metropolitan Police. - rzucam szybko i wręczam kierowcy dwa banknoty. Facet bez słowa rusza, a ja znowu mam za dużo czasu na myślenie. Wyrzuty dopadają mnie od razu, jak tylko znajdę dla nich chwilę. Zagłuszam je, a raczej staram się zagłuszyć, muzyką. Nawet słuchawki nie są w stanie pokonać myśli, które w tej chwili wbijają mi się w mózg. Gdzie jest ten cholerny posterunek? wrzeszczę w myślach. Staram się skupić na piosence Troya i na obserwowaniu Londynu, miasta w wiecznym ruchu. To mnie wycisza. Londyn jest magicznym miejscem.
Po półgodzinie jesteśmy na miejscu. Pierwsze co rzuca się w oczy to rudowłosa dziewczyna, siedząca na krawężniku. Jej oczy są pełne łez, ręce bezwładnie opadają, a wiatr rozwiewa włosy we wszystkie strony. Nawet nie podnosi głowy gdy wysiada. Pierwsza myśl to, że gdyby ktoś chciał jej coś zrobić, nawet by nie zareagowała. Dopiero po chwili przypominam sobie przez kogo ona płacze. Mam ochotę się zastrzelić.
-Ella1 - i nie wiem co dalej. Co mam jej powiedzieć? Pewnie mnie nienawidzi za to wszystko. Podchodzę powoli i siadam pół metra od niej. Dopiero wtedy podnosi głowę i... wtula się we mnie.
-Ethan, jesteś... - mówi słabym, smutnym głosem. Obejmuję ja ramieniem.
-Jak się czujesz? - Wiem, że to głupie pytanie, ale nic innego mi nie przychodzi do głowy.
-Szkoda, że to już koniec. Było cudownie. Ale my, Ethan... To co innego. Nie żałuję tego, co było między nami, ale mogliśmy mu wcześniej powiedzieć. To było nieuczciwe, a on teraz cierpi przez nas.
-Wiem, chciałbym wiedzieć co się z nam dzieje. Mam przed oczami pełno scen z książek, jak po zerwaniu, jadąc autem, ludzie wjeżdżają w drzewa, powodują wypadki drogowe, w amoku okaleczają sami siebie... Nawet nieumyślnie. Przepraszam, że to mówię, ale denerwuję się. Wiem, że to mało prawdopodobne i zdarza się tylko w filmach. Nie ma się co martwić. Będzie okay.
-Ethan, pokochałam cię... Przez kilka dni, które spędziliśmy razem, przez wspólna tajemnice, przez każde słowo skierowane do mnie... Po prostu, kocham cię!
-Wiem, ja już.... Czekaj, co?! Teraz? - robię z siebie idiotę jak zwykle. Powoli dociera do mnie to co powiedziała. Dobrze wiem, że nie jest dla mnie tylko przyjaciółką, ale nie wydaje mi się, żeby okoliczności były sprzyjające. - Wiesz, że ja też. Sorry z a reakcję. Trochę mnie zasko...
Telefon przerwał mi wpół słowa. Nr. prywatny. Zazwyczaj nie odbieram od prywatnych, ale tym razem czułem, ze powinienem
-Tak, słucham? O co chodzi? CO? Już jedziemy! Tak, ale daleko. Przyjacielem. Do widzenia. Będziemy za pół godziny. Do widzenia!
-Kto to?
-Jared miał wypadek. Jest w szpitalu. Musimy jechać.
-Coooo? Jaja sobie robisz?! To ma być aluzja do tego co przedtem mówiłeś? Mało śmieszne!
-Nie, to prawda! Dzwonię po taksówkę.
1 stycznia 2016
18.
Hey, hey, hello! Witam po długiej przerwie... Nie miejcie nam tego za złe, przygotowania do Świąt, same Święta i wypad w rodzinne strony. Dzisiaj po tylu dniach w końcu znalazłem czas, aby coś napisać. Tym razem rozdział z punktu widzenia Jareda. Zapraszam do czytania i życzę miłego wieczoru.
Nerwowym ruchem przekręcam kluczyki, po czym z impetem wybiegam z auta, kierując się w stronę stojącej niedaleko Elli. Moje ciało ogarnia furia. Czuję, jak moja twarz nabiera bordowego koloru. Gdy znajduję się twarzą w twarz z rudowłosą, rzucam jej spojrzenie pełne obrzydzenia.
- Jared, co się stało? - pyta zatroskanym głosem. - Wyglądasz na zdenerwowanego.
Brawo, Sherlocku. Prycham i posyłam jej sarkastyczny uśmiech.
- Nic się nie stało... Troszkę posmutniałem, bo pewna suka zdradziła mnie z moim najlepszym kumplem, ale ogólnie to wszystko w porządku. Chcesz porozmawiać przy kawce i poplotkować o chłopcach? Możemy się wybrać do galerii. - Sarkazm w moim głosie jest wyczuwalny na kilometr. Zatroskanie Elli znika i tym razem to ona czerwienieje, najwyraźniej z zawstydzenia. Jej zaszklone oczy latają ze wściekłością, a dłonie dygoczą.
- To nie... tak... jak... myślisz. - Tłumaczy się, zachrypniętym i łamiącym się głosem.
- Sranie w banię. Myślisz, że nabiorę się na taki shit? Nie jestem idiotą, widzę, co się dzieje między wami. Zresztą, Ethan mi wszystko powiedział.
Widząc jej zaskoczoną minę, kontynuuję.
- No co się gapisz jak sroka w gnat? Twój kochanek nie dotrzymał danego Ci słowa, przykro mi. - Mówię z udawanym smutkiem. - Myślałaś, że się nie dowiem. Pamiętasz jak poszedłem po Twister'a na strych? - Uśmiecham się drwiąco. - Pamiętasz czy nie?!
Ella lekko kiwa głową, zbyt roztrzęsiona by cokolwiek powiedzieć.
- Wszystko widziałem. Wasze słodkie pocałunki, zrzucanie ciuszków i niedoszły seks. Nie znaleźliście gumki? - Śmieję się cicho. - No. To by było na tyle. Powiedz mu, że zabieram to cacko - wskazuję palcem na lśniącego Range Rover'a, - na jakiś czas.
Zadowolony ze swojej przebiegłości i pewności siebie, powoli zmierzam do auta, machając Elli na pożegnanie. Zostawiam ją na chodniku, zapłakaną i niezdolną do ruchu, i z piskiem opon odjeżdżam z miejsca naszej konwersacji.
W nieubłaganie dłużącej się drodze do Starbucks'a myślę o mojej byłej dziewczynie. Zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę mnie zdradziła. Było jej ze mną aż tak źle? Co, byłem zły w łóżku? Może nie poświęcałem jej tyle czasu, ile powinienem... Ocierając dłonią pierwsze łzy, sięgam do kieszeni, z której wyciągam srebrny pierścionek z diamentem, który jeszcze niedawno miałem w planach wręczyć Elli. Od dawna planowałem się jej oświadczyć. Chciałem spędzić z nią resztę swojego życia, założyć z nią rodzinę, wprowadzić się do własnego domu. Chciałem, żeby była szczęśliwa ze mną. A teraz co? Dowiaduję się o zdradzie. I to z kim... Zatrzymuję się na poboczu i wychodzę z auta, ściskając w pięści pierścionek.
- Brzydzę się tobą, Ello Henderson - mówię do siebie połgłosem - Okrutnie się tobą brzydzę. Zapłacisz mi za to, co zrobiłaś. Już niedługo.
Złowieszczo chichocząc, zagłębiam się w las i chwilę potem zatrzymuję się, spoglądając w dół do wykopanego wcześniej dołu. Bez zawahania wrzucam tam diamentowy pierścionek i wracam do samochodu. Ella nawet się nie spodziewa, co mam w zanadrzu. Ponawiam diaboliczny śmiech i odjeżdżam.
30 minut później
Ni stąd ni zowąd, na niebie pojawiają się czarne chmury, zwiastujące burzę. Dziwię się, że akurat teraz będzie burza. Ostatni raz w Londynie trzaskało piorunami kilka miesięcy temu. Gruba pierzyna przykryła już całe niebo, gdy w oddali dostrzegam jasny zygzak. Chwilę potem rozlega się dźwięk potwornego grzmienia, poprzedzonego powolnym pokropywaniem deszczu. Fantastycznie, myślę. Zwiększam prędkość, chcąc wymigać się z jazdy w deszczu. Dopada mnie mimo wszystko. Nawierzchnia staje się śliska, w związku z tym włączam tryb 4x4. Słońce zaczyna zachodzić, zwiastując nastanie nocy. Jeszcze lepiej. Włączam światła długie, żeby nie oślepnąć w tej szarówce. Gdy wymijam auto gwałtownie zwalniające przede mną, spostrzegam auto nadjeżdżające z przeciwnej strony. Próbuję zahamować, zawzięcie wciskając pedał hamulca, bez skutku. Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że jest za późno. Masywny Jeep Commander wbija się w przód mojego wozu. Poduszki powietrzne się otwierają, a moja głowa uderza w przednią szybę, tłukąc ją. Czuję, jak tracę kontakt z rzeczywistością...
Otwieram powoli oczy. Oślepiające światło przeszywa moje gałki oczne, zmuszając mnie do ponownego ich zamknięcia. Po chwili mrużenia ich, moje oczy przyzwyczajają się do kilku reflektorów zwisających z nieba. Przekręcam głowę o parę centymetrów w lewo, próbując dostrzec maszynę, z której dobiega donośne pip. Monitor EKG... Czyli jestem w szpitalu. Gdy okręcam głowę w drugą stronę, zaczynam czuć nieznośny, pulsujący ból w mojej czaszce. Wydaję z siebie krótki jęk i próbuję unieść ręce, aby pomasować skronie. Ani drgną. Zaczynam panikować. Wiercę się na łóżku szpitalnym i z całych sił próbuję poruszyć dłońmi. Nadal nic. Ból głowy się nasila, a ja wołam pielęgniarkę, oczekując natychmiastowej reakcji.
- Nie spieszcie się, ja poczekam, - wykrzykuję z jadem w głosie. - przyjdzie tu ktoś?!
Po kilku minutach szamotaniny i wołania o pomoc, do pokoju pospiesznie wkracza, Siostra Dorota. Phi.
- Co pan wyprawia?! - rzuca agresywnym tonem. - Ma pan leżeć i się nie...
- Nie mogę ruszyć rękami! - przerywam jej.
- Pańskie ręce są sparaliżowane po wypadku. Za kilka godzin wszystko powinno wrócić do normy. - odpowiada jakby od niechcenia.
- Zaraz, zaraz... Jakim znowu wypadku? - pytam, marszcząc czoło.
- No jak to... Nie, tylko nie to! Jak się pan nazywa?
- Ale po co...
- Jak się pan nazywa?! - ponawia pytanie, zdesperowanym głosem.
Tak szczerze to nie wiedziałem, czy Thomas czy James... a może Zack?
- Yyy... nie wiem jak się nazywam. A powinienem?
- Matko Boska... Amnezja powypadkowa. Muszę się skontaktować z lekarzem. Proszę tu leżeć do mojego powrotu!
Wypadaa jak poparzona i zostawia mnie samego w białej szpitalnej sali. Znając życie, pewnie psychiatryka. Pytanie brzmi: Jak ja się tam znalazłem? Nie pamiętam nic od obudzenia się, ani jak się tu znalazłem, ani co było przed wypadkiem... Wypadkiem... Jakim wypadkiem? Miałem wypadek? Muszę się jak najszybciej dowiedzieć... Ale może najpierw się trochę zdrzemnę. Sen dobrze mi zrobi. Zaraz potem zasypiam w głęboki sen i śnię o rudowłosej dziewczynie. Budzą mnie odgłosy konwersacij dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pyta zapłakany, młody chłopak.
- Panie Roche - stwierdzam, że to pan doktor - obawiam się, że szanse na przeżycie pańskiego kolegi są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona, więc jeśli w ciągu kilku następnych minut nie rozpoczniemy opercji, pacjent nie przeżyje.
Pacjent nie przeżyje.
Mogę umrzeć.
Nerwowym ruchem przekręcam kluczyki, po czym z impetem wybiegam z auta, kierując się w stronę stojącej niedaleko Elli. Moje ciało ogarnia furia. Czuję, jak moja twarz nabiera bordowego koloru. Gdy znajduję się twarzą w twarz z rudowłosą, rzucam jej spojrzenie pełne obrzydzenia.
- Jared, co się stało? - pyta zatroskanym głosem. - Wyglądasz na zdenerwowanego.
Brawo, Sherlocku. Prycham i posyłam jej sarkastyczny uśmiech.
- Nic się nie stało... Troszkę posmutniałem, bo pewna suka zdradziła mnie z moim najlepszym kumplem, ale ogólnie to wszystko w porządku. Chcesz porozmawiać przy kawce i poplotkować o chłopcach? Możemy się wybrać do galerii. - Sarkazm w moim głosie jest wyczuwalny na kilometr. Zatroskanie Elli znika i tym razem to ona czerwienieje, najwyraźniej z zawstydzenia. Jej zaszklone oczy latają ze wściekłością, a dłonie dygoczą.
- To nie... tak... jak... myślisz. - Tłumaczy się, zachrypniętym i łamiącym się głosem.
- Sranie w banię. Myślisz, że nabiorę się na taki shit? Nie jestem idiotą, widzę, co się dzieje między wami. Zresztą, Ethan mi wszystko powiedział.
Widząc jej zaskoczoną minę, kontynuuję.
- No co się gapisz jak sroka w gnat? Twój kochanek nie dotrzymał danego Ci słowa, przykro mi. - Mówię z udawanym smutkiem. - Myślałaś, że się nie dowiem. Pamiętasz jak poszedłem po Twister'a na strych? - Uśmiecham się drwiąco. - Pamiętasz czy nie?!
Ella lekko kiwa głową, zbyt roztrzęsiona by cokolwiek powiedzieć.
- Wszystko widziałem. Wasze słodkie pocałunki, zrzucanie ciuszków i niedoszły seks. Nie znaleźliście gumki? - Śmieję się cicho. - No. To by było na tyle. Powiedz mu, że zabieram to cacko - wskazuję palcem na lśniącego Range Rover'a, - na jakiś czas.
Zadowolony ze swojej przebiegłości i pewności siebie, powoli zmierzam do auta, machając Elli na pożegnanie. Zostawiam ją na chodniku, zapłakaną i niezdolną do ruchu, i z piskiem opon odjeżdżam z miejsca naszej konwersacji.
W nieubłaganie dłużącej się drodze do Starbucks'a myślę o mojej byłej dziewczynie. Zastanawiam się, dlaczego tak naprawdę mnie zdradziła. Było jej ze mną aż tak źle? Co, byłem zły w łóżku? Może nie poświęcałem jej tyle czasu, ile powinienem... Ocierając dłonią pierwsze łzy, sięgam do kieszeni, z której wyciągam srebrny pierścionek z diamentem, który jeszcze niedawno miałem w planach wręczyć Elli. Od dawna planowałem się jej oświadczyć. Chciałem spędzić z nią resztę swojego życia, założyć z nią rodzinę, wprowadzić się do własnego domu. Chciałem, żeby była szczęśliwa ze mną. A teraz co? Dowiaduję się o zdradzie. I to z kim... Zatrzymuję się na poboczu i wychodzę z auta, ściskając w pięści pierścionek.
- Brzydzę się tobą, Ello Henderson - mówię do siebie połgłosem - Okrutnie się tobą brzydzę. Zapłacisz mi za to, co zrobiłaś. Już niedługo.
Złowieszczo chichocząc, zagłębiam się w las i chwilę potem zatrzymuję się, spoglądając w dół do wykopanego wcześniej dołu. Bez zawahania wrzucam tam diamentowy pierścionek i wracam do samochodu. Ella nawet się nie spodziewa, co mam w zanadrzu. Ponawiam diaboliczny śmiech i odjeżdżam.
30 minut później
Ni stąd ni zowąd, na niebie pojawiają się czarne chmury, zwiastujące burzę. Dziwię się, że akurat teraz będzie burza. Ostatni raz w Londynie trzaskało piorunami kilka miesięcy temu. Gruba pierzyna przykryła już całe niebo, gdy w oddali dostrzegam jasny zygzak. Chwilę potem rozlega się dźwięk potwornego grzmienia, poprzedzonego powolnym pokropywaniem deszczu. Fantastycznie, myślę. Zwiększam prędkość, chcąc wymigać się z jazdy w deszczu. Dopada mnie mimo wszystko. Nawierzchnia staje się śliska, w związku z tym włączam tryb 4x4. Słońce zaczyna zachodzić, zwiastując nastanie nocy. Jeszcze lepiej. Włączam światła długie, żeby nie oślepnąć w tej szarówce. Gdy wymijam auto gwałtownie zwalniające przede mną, spostrzegam auto nadjeżdżające z przeciwnej strony. Próbuję zahamować, zawzięcie wciskając pedał hamulca, bez skutku. Wtedy zdaję sobie sprawę z tego, że jest za późno. Masywny Jeep Commander wbija się w przód mojego wozu. Poduszki powietrzne się otwierają, a moja głowa uderza w przednią szybę, tłukąc ją. Czuję, jak tracę kontakt z rzeczywistością...
Otwieram powoli oczy. Oślepiające światło przeszywa moje gałki oczne, zmuszając mnie do ponownego ich zamknięcia. Po chwili mrużenia ich, moje oczy przyzwyczajają się do kilku reflektorów zwisających z nieba. Przekręcam głowę o parę centymetrów w lewo, próbując dostrzec maszynę, z której dobiega donośne pip. Monitor EKG... Czyli jestem w szpitalu. Gdy okręcam głowę w drugą stronę, zaczynam czuć nieznośny, pulsujący ból w mojej czaszce. Wydaję z siebie krótki jęk i próbuję unieść ręce, aby pomasować skronie. Ani drgną. Zaczynam panikować. Wiercę się na łóżku szpitalnym i z całych sił próbuję poruszyć dłońmi. Nadal nic. Ból głowy się nasila, a ja wołam pielęgniarkę, oczekując natychmiastowej reakcji.
- Nie spieszcie się, ja poczekam, - wykrzykuję z jadem w głosie. - przyjdzie tu ktoś?!
Po kilku minutach szamotaniny i wołania o pomoc, do pokoju pospiesznie wkracza, Siostra Dorota. Phi.
- Co pan wyprawia?! - rzuca agresywnym tonem. - Ma pan leżeć i się nie...
- Nie mogę ruszyć rękami! - przerywam jej.
- Pańskie ręce są sparaliżowane po wypadku. Za kilka godzin wszystko powinno wrócić do normy. - odpowiada jakby od niechcenia.
- Zaraz, zaraz... Jakim znowu wypadku? - pytam, marszcząc czoło.
- No jak to... Nie, tylko nie to! Jak się pan nazywa?
- Ale po co...
- Jak się pan nazywa?! - ponawia pytanie, zdesperowanym głosem.
Tak szczerze to nie wiedziałem, czy Thomas czy James... a może Zack?
- Yyy... nie wiem jak się nazywam. A powinienem?
- Matko Boska... Amnezja powypadkowa. Muszę się skontaktować z lekarzem. Proszę tu leżeć do mojego powrotu!
Wypadaa jak poparzona i zostawia mnie samego w białej szpitalnej sali. Znając życie, pewnie psychiatryka. Pytanie brzmi: Jak ja się tam znalazłem? Nie pamiętam nic od obudzenia się, ani jak się tu znalazłem, ani co było przed wypadkiem... Wypadkiem... Jakim wypadkiem? Miałem wypadek? Muszę się jak najszybciej dowiedzieć... Ale może najpierw się trochę zdrzemnę. Sen dobrze mi zrobi. Zaraz potem zasypiam w głęboki sen i śnię o rudowłosej dziewczynie. Budzą mnie odgłosy konwersacij dwojga ludzi - kobiety i mężczyzny.
- Czy on ma szansę przeżyć? - pyta zapłakany, młody chłopak.
- Panie Roche - stwierdzam, że to pan doktor - obawiam się, że szanse na przeżycie pańskiego kolegi są nikłe. Wypadek zdziałał bardzo wielkie szkody w mózgu pana Dawsona, więc jeśli w ciągu kilku następnych minut nie rozpoczniemy opercji, pacjent nie przeżyje.
Pacjent nie przeżyje.
Mogę umrzeć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)